sobota, 31 grudnia 2011

Jak pisać o niczym, czyli stukam się w głowę

Nic się nie dzieje proszę pana. Nic (Inżynier Mamoń)

W 1975 roku nowojorskie wydawnictwo Harmony Book wydaje książkę The Nothing Book. 192 nienumerowane i niezadrukowane strony. Autorem jest Nobody. Wydaje mi się, że nawet Eco nie ma z nim szans. Bardzo życiowa książka, w pewnym sensie drugi i zapewne ostatni tom Bycia i nicości Jeana-Sol Partre’a.



Chciałem napisać coś mądrego, bo i laureat konkursu szczególny, ale mam pustkę w głowie. Chyba już wiem, co miał na myśli Heidegger pisząc: nicość nicuje. To chyba właśnie to szczególne uczucie, gdy nie wiadomo co napisać o pisaniu o niczym. Można się faktycznie strwożyć, choć minus i minus powinno dawać plus. Poratował mnie, zresztą nie pierwszy raz Thomas Bernhard, u którego przed kilkoma dniami odkryłem te oto słowa:

„Nietzsche, powiedziałem do Gambettiego, stukam się w głowę, a ona jest pusta, całkowicie pusta. Schopenhauer, mówię sobie i stukam się w głowę, a ona jest pusta. Stukam się w głowę, mówię Kant i mam całkowitą pustkę w głowie. To straszliwie przygnębia, powiedziałem do Gambettiego. Myśli pan o całkiem zwyczajnym pojęciu, a pańska głowa jest pusta. Nic” (Wymazywanie. Przeł. Sława Lisiecka, s. 131).

I ja też stukam się w głowę.

I na koniec z życzeniami Wszystkiego Najlepszego w Nowym Roku dla wszystkich czytelniczek i czytelników:


piątek, 30 grudnia 2011

Oświecenie

„Jak Pan wie, Panie Premierze, do mojego kraju przylatują codziennie tysiące cudzoziemców po oświecenie. Jadą w Himalaje, do Benaresu albo do Both Gaja. Siedzą w dziwacznych pozycjach jogi, palą haszysz, pieprzą się z sadhu i myślą, że doznają oświecenia.”*


Obraz Indii, wyłaniający się z książek Aravinda Adigi, jest porażający. Nijak nie ma się do mitycznego obrazu, utrwalonego w zachodniej kulturze – Indii jawiących się jako mekka, w której ukojenie odnajdą wszyscy poszukujący mistycznych doznań i duchowej odnowy. Nijak nie ma się też do kiczowatych obrazków rodem z Bollywood, które w pewien sposób ów mityczny wizerunek Indii wzmacniają i z całą pewnością go nie dekonstruują.

Najmocniejsze są chyba te opisy, które znajdziemy w Białym tygrysie, książce za którą Adiga otrzymał w 2008 roku Nagrodę Bookera. Balram Halwai z Balgramu vel Biały Tygrys, pisze (przez siedem kolejnych nocy) listy, których adresatem jest premier Chin, Wen  Jiabao. Opisuje w nich swoją historię, jak sam stwierdza – dzieje prawdziwej przedsiębiorczości. Nie zamierzam tu zdradzać historii Białego Tygrysa. Napiszę tylko, że rozwija się ona na tle mocno rozwarstwionego społeczeństwa, w którym ogromne znaczenie wciąż odgrywają pozostałości kastowe. Wszechobecna korupcja, szkolnictwo poniżej dopuszczalnego poziomu, niedożywienie, slumsy, głodni ludzie mieszkający na ulicy, brud, smród na ulicach Dehli i bogate elity wykorzystujące biedotę na każdym kroku – bez tych „bohaterów” książki, losy jej głównej postaci potoczyłyby się zupełnie inaczej.

Między zabójstwami – to z kolei swoisty „przewodnik” po Kittur, mieście znajdującym się na południowo-zachodnim wybrzeżu Indii. Książka składa się z (pisanych kursywą) informacji o mieście, które mogłyby być wygłoszone przez przewodnika pokazującego Kittur turystom lub zamieszczone w broszurce dotyczącej miasta. Główna część książki (pisana normalną czcionką) to opowiadania o mieszkańcach Kittur. Biedakach, którzy żyją z dnia na dzień, śpią na ulicy, są niewykształceni, nie dojadają, przyjeżdżają do miasta w poszukiwaniu pracy i lepszego życia – a znajdują nędzę i walkę o najmniejszy skrawek „miejskiego tortu”.

Jednym z przewodnich wątków wszystkich książek Adigi są – górnolotnie rzecz ujmując -  rozważania nad istotą ludzkiej moralności. Cyniczny Biały Tygrys stawia siebie „poza dobrem i złem”, bezlitośnie wcielając w życie Nietzscheańskie wezwanie do przewartościowania wszystkich wartości. Bohaterowie opowiadań zebranych w Między zabójstwami często dla kilku rupii odrzucają resztki godności, czasami nawet dostrzegając i nazywając swoje zezwierzęcenie. Bohaterowie Ostatniego mieszkańca – choć w odróżnieniu od wielu innych postaci z książek Adigi są w tej dobrej sytuacji, że mają gdzie mieszkać i co jeść – w obliczu niezwykle intratnej (jak na tamtejsze warunki) propozycji, stopniowo oddalają się od wcześniej wyznawanych wartości. Z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień przesuwają granicę, poza którą decydują się wykroczyć, by osiągnąć swój cel.

Adiga pozbawia czytelnika wszelkich złudzeń. Odbrązawia świat, który idealizujemy. Pokazuje, że wartości duchowe tracą znaczenie, gdy w grę wchodzi nędza, wielodniowy głód i ciągłe upokorzenia.
Gorzka to lektura, jednak z całą pewnością godna polecenia.

Aravind Adiga, Biały tygrys, tłum. Ludwik Stawowy, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2009.
Aravind Adiga, Między zabójstwami, tłum. Agnieszka Barbara Ciepłowska, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2009.
Aravind Adiga, Ostatni mieszkaniec, tłum. Ludwik Stawowy, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2011.


* Cytat pochodzi z książki Biały tygrys.


niedziela, 25 grudnia 2011

Zrób sobie raj

Pamiętam moją pierwszą podróż do Pragi i towarzyszące jej zadziwienie na widok t-shirtów z wizerunkiem Jezusa przerobionym na popkulturową modłę, powszechnie sprzedawanych na ulicznych straganach.
Pomyślałam wtedy – przecież to tak bliscy nam sąsiedzi, a okazują się być tak inni od nas! W naszym kraju to byłoby niemożliwe.
Specyfika czeskiej (nie)wiary to temat przewodni książki Zrób sobie raj Mariusza Szczygła. Tak jak w Gottlandzie – pierwszej książce Szczygła o Czechach – mamy tu do czynienia ze zbiorem esejów, reportaży i osobistych notek.
Autor porusza także inne tematy (na przykład w świetnych tekstach o Egonie Bondym czy Janie Saudku), jednak charakterystyczny dla naszych południowych sąsiadów ateizm (80% Czechów deklaruje, że nie wierzy!) jest dominującym wątkiem książki.
Oprócz pytań o to, skąd się bierze i jakie oblicza ma czeski ateizm (wiele analiz w książce), ciekawe jest także to, jak wygląda czeska wiara. Jaki jest czeski wierzący?
Nie ma rzecz jasna jednej odpowiedzi, czego odzwierciedlenie znajdziemy w różnych fragmentach książki. Okazuje się na przykład, że księża w Czechach cieszą się, gdy powstają obrazoburcze obrazy Boga – bo wtedy przynajmniej w ogóle się o nim mówi. Z kolei głęboko wierzący policjant wyznaje, że trzyma swoją wiarę w tajemnicy, by nie zostać odrzuconym – w pracy, a nawet w rodzinie.
Jeden z księży, który do Czech przyjechał z Chorzowa i prowadzi parafię, cieszącą się – jak mówi – ogromnym zainteresowaniem wiernych (aż trzystu parafian!):
„Przyjechałem do Czech, nauczony w seminarium wielu rzeczy. Mówię o zbawieniu, a dla nich to pojęcie z innego świata. Jak można zbawić kogoś po śmierci, jeśli w grobie leży szkielet? – pytają. Tu ludzie zadają pytania jak dzieci. I ja szukam słów, które przemówią. Tylko że to nie są dzieci, bo są wykształceni i inteligentni”.
Zrób sobie raj to książka szeroko omawiana i znana. Od siebie dorzucę zatem jedynie – w ramach zachęty – że Mariusz Szczygieł ma świetny styl i niewątpliwy reporterski talent. Zrób sobie raj czyta się rewelacyjnie, choć przeszkadzał mi nieco nadmiar zachwytów nad wyjątkowością czechofilów. Tym niemniej książka jest interesująca i stanowi cenne źródło wiedzy o tym bliskim, a tak innym od naszego kraju. A tym, którzy jeszcze nie znają – gorąco polecam także Gottland.

Mariusz Szczygieł, Zrób sobie raj, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2010.
Mariusz Szczygieł, Gottland, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2006 (wydanie drugie – 2010).

czwartek, 22 grudnia 2011

Filozagadka 1

Filozoficzno-literacki konkurs. O kim mowa w wierszu? Do wygrania: wybór tematu postu, który napiszemy specjalnie dla Ciebie „mądralo”.

Gottfried Benn: Turyn I

„Podeszwy zdarłem sobie do imentu”,
Napisał wielki geniusz z rozżaleniem
W ostatnim liście resztkę atramentu,
Nim go zabrali na psychiatrię w Jenie.

Nie mogę już kupować żadnych książek,
W księgarniach więc przeważnie czas mi płynie:
Notatki – potem szybko coś przekąszę: -
Tak mi mijają teraz dni w Turynie.

Podczas gdy pleśń szlachetna Europy
Ciągnęła soki z Bayreuth, Pau, Epsomu,
On dorożkarskie konie obejmował,
Nim go gospodarz zaciągnął do domu.

Przeł. Tomasz Ososiński 

wtorek, 20 grudnia 2011

Nonsens jako sens

Nonsens jako fundament twórczości? życia? wszelkiego działania?
Tak!
Nonsens jest bliższy rzeczywistości  niż rozum, który służy tylko temu, by ją znosić.



Lubię prawdziwych mężczyzn,1967



Co powinien zatem twórca (jeśli cokolwiek powinien)?
Dla kogo ma tworzyć?
Jakie zadania sobie stawiać?
Po sztuce dla ludu tworzonej przez lud, po demagogii sztuki schlebiającej masom, czas na sztukę tworzoną przez jednostkę dla niej samej, sztukę niewdzięczną, częstokroć niezrozumiałą, szorstką, lecz czytelną dla jedynej publiki wartej zachodu: dla twórcy.
Inni – jeśli zechcą – niech dołączą.




Bez tytułu



Ale na jaki temat?
Na każdy możliwy. Od A do Z.

Na przykład na temat:
(A) anatomii (Lewa noga to najlepsze, co mam);
(B) boga (Bóg widzi wszystko, słyszy wszystko, myli wszystko);
(C) czasu (Gdyby wszyscy zaparli się mocno prawą nogą i zaczęli hamować, czas biegłby wolniej);
(D) dzieci (Dzieci nie są tak głupie, jak to się wydaje dorosłym, i od chwili, gdy zaczynają jeść mięso, wiedzą, że wokół dzieje się coś dziwnego);
...
(F) filmów (Filmy awangardowe zaczną powstawać dopiero wtedy, gdy ktoś wynajdzie awangardowe pieniądze);
...
(K) kuchni (Nauczyciel próbował zjeść leniwego ucznia);
...
(S) samobójstwa (Sto argumentów na rzecz niezwłocznego samobójstwa: [...] 9. Dowiodę, że mój horoskop kłamie. [...] 12. To niezawodny środek na łysienie [...] 35. To dobry sposób, by rzucić palenie. [...] 38. Nie mam co na siebie włożyć [...]);
...
(Z) zaświatów (Trup się budzi, a jego fatalny humor osiąga szczyt). 


Pozostałe Toporowe tematy - a także o wiele więcej na te, które zostały tu wymienione - zebrała Agnieszka Taborska w książce: Abecadło Topora. Wszystkie cytaty zostały zaznaczone kursywą i pochodzą z tej książki.

Abecadło Topora, wybór, przekład i wstęp Agnieszka Taborska, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2005.

niedziela, 18 grudnia 2011

Z widokiem na Neckar

Filozofia już od swego zarania jest w ruchu. Sokrates wałęsał się po agorze, Platon po jaskini, Arystoteles po Liceum…. Doszło nawet do tego, że filozofowanie utożsamiło się z przechadzaniem.
W Heidelbergu znajduje się faktyczna droga filozofów – Der Philosophenweg. Za nazwą drogi nie stoją jednak żadni wybitni filozofowie, którzy tamtędy spacerowali. Po prostu była to trasa, którą przechadzali się studenci, spacerowali i rozmyślali. A wiadomo, jak ktoś rozmyśla, to jest to na pewno filozof. Niemal dwa kilometry wymagającego spaceru, dokoła lasy, piękne ogrody, pomnik Eichendorffa, jakiś kamol Hölderlina, zachwycające widoki na stare miasto i Neckar.



I tak, jak starożytni myśliciele przechadzali się wspólnie, tak współczesny filozof spaceruje samotnie, o czym świadczą alpejskie wspinaczki Nietzschego oraz miejskie spacery Kanta (zawszę tą samą drogą i zawsze sam). Gadamer podsumowuje to tak: „Pójście samemu na spacer, samotne rozmyślanie – oto co dopiero w nowożytności, od czasów Rousseau, stanowiło dla każdego zaproszenie do filozofowania. Natura to siła duszy wynikająca z samotności”.

Pięknie, ale istnieje jeszcze trzeci sposób na filozoficzną przechadzkę: spacer z psem, który stanowi idealną syntezę (a wiadomo od Hegla, że jest to coś więcej niż teza i antyteza) wspomnianych wyżej teorii: współfilozofowania i samotności zarazem. Trzeba tylko mieć ze sobą dobry patyk. 


Cytat pochodzi z H.-G. Gadamer: O skrytości zdrowia. Przeł. Andrzej Przyłębski. Wyd. Media Rodzina. Poznań 2011, s. 119

piątek, 16 grudnia 2011

Wyjątkowość

- Czy była taka jak wszyscy?
- Nie była dokładnie taka jak wszyscy. Ale kto jest? Nigdy nie myślałam o sobie, że jestem taka sama jak wszyscy.*

Alice Munro to moje osobiste odkrycie literackie tego tygodnia. Oczywiście słyszałam o niej, więc gdy w antykwariacie natknęłam się na zbiór jej opowiadań, kupiłam go bez wahania. Nie zawiodłam się. Uciekinierka należy do książek, które czyta się jednym tchem.
Opowiadania koncentrują się wokół pozornie zwykłych wydarzeń. Młoda matka odwiedza mieszkających daleko rodziców, stara kobieta spotyka w obcym mieście dawno nie widzianego kuzyna, dwudziestojednoletnia dziewczyna podąża za mężczyzną przypadkowo poznanym w pociągu. Każda z historii staje się punktem wyjścia dla wnikliwej analizy emocji, oczekiwań czy wspomnień ich uczestników.
Munro pisze przede wszystkim o kobietach. W różnym wieku, z różnym bagażem doświadczeń. O kobietach silnych, słabych, zdecydowanych, uległych. Oszczędnymi środkami oddaje wyjątkowość każdej z nich. W każdym z opowiadań dowodzi, że udziałem każdego i w każdym życiowym momencie, może stać się coś niezwykłego. A także, że to, co uważamy za zwyczajne koleje życia, wcale takie nie jest. Przekonujemy się o tym, doświadczając własnego losu.

Alice Munro, Uciekinierka, tłum. Alicja Skarbińska-Zielińska, Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa 2009.

*Cytat pochodzi z opowiadania Moce z tomu Uciekinierka.

piątek, 9 grudnia 2011

Medytacje o winie

Już na samym początku muszę przyznać, że żaden ze mnie koneser wina. Potrafię rozróżnić białe wino od wina czerwonego, słodkie od wytrawnego, ale już marki, szczepy, słynne piwnice, proces fermentacji, bukiety itd. to dla mnie czarna magia. Bibosz zatem ze mnie kiepski. Załóżmy jednak, że picie wina, a myślenie o piciu wina to dwie różne sprawy.

Skąd bierze się filozofia? Ze zdziwienia, z wątpienia, z rozpaczy, z pragnienia komunikacji… A może po prostu z wina? Nie chodzi mi o bełkotliwe dyskusje, lecz raczej o filozoficzne upojenie, o Dionizosa. Tak bowiem, jak wino jest towarzyszem filozofii, tak filozofia zrodziła się z wina. Czyż słowa te nie odnoszą się to również do religii?

Ale picie wina to również podróżowanie (Le tour de France), doznania estetyczne, gdyż dobry winny trunek oferuje nam tego samego rodzaju przeżycia, co na przykład wiersz Johna Donne’a. Wreszcie, podczas picia może zajść swoiste metafizyczne poznanie, gdyż z jednej strony – dusza przypomina sobie o ciele, z drugiej zaś ciało łączy się z duszą. „Mind-body problem” rozwiązuje się sam.



Jak zatem należy pić wino? Scruton podaje cztery zasady. Oto one:
1.      Pij, co chcesz i ile chcesz.
2.      Swoim piciem nie powinieneś przysparzać cierpień bliźnim.
3.      Picie nie powinno powodować trwałych szkód na ziemi.
4.      Nie pij niczego, co sprzedają w plastikowych butelkach.

Autor radzi ponadto, jakie wino pić do jakiego filozofa. I tak, do Kanta pasuje biały Hermitage Chante Alouette (rocznik 1977), do Hegla chianti classico. Czytając Kierkegaarda najlepiej rozkoszować (a raczej umartwiać) się trydenckim marzemino, do Berkeleya nadaje się tylko szklanka dziegciu. Hołd Heideggerowi należy zaś wznieść pustym (wypełnionym nicością) kieliszkiem.

Do poczytania:
Roger Scruton: Piję, więc jestem. Przewodnik filozofa po winach. Przeł. Michał Szczubiałka. Wyd. Aletheia. Warszawa 2011. 

sobota, 3 grudnia 2011

Blondynka

Marilyn: sex bomba, ucieleśnienie męskich marzeń, wydatne piersi i jędrne pośladki, wąska talia, przymrużone oczy, usta stworzone do pocałunków.
Marilyn: barwiąca włosy na platynowy blond farba o gryzącym zapachu chemikaliów, deformujące stopy pantofle na dziesięciocentymetrowych szpilkach, sukienka tak obcisła, że uniemożliwia siadanie i wymusza zachowanie rytmicznego i płytkiego oddechu.
Marilyn: produkt Wytwórni (Marilyn? nie podoba mi się to imię!), wywoływana na twarzy Normy Jean przez oddanego jej makijażystę, fryzjerów, garderobiane.

Jej problem nie polegał na tym, że był głupiutką blondynką, lecz na tym, że ani nie była blondynką, ani  nie była głupia.




Podczas lektury książki Joyce Carol Oates o Normie Jean Baker – którą świat zna jako Marilyn Monroe – tak wiele zdarzeń wydaje się niewiarygodnych. To zdaje się być niemożliwe, by tak wiele nieszczęść spadło na jedną osobę – jako kilkulatkę niemal utopioną we wrzątku przez własną matkę, oddaną przez opiekunów do sierocińca, wędrującą po rodzinach zastępczych. Wydaną za mąż w wieku szesnastu lat, podczas gdy ona sama chciała skończyć przynajmniej średnią szkołę (kompleks braku wykształcenia będzie ją prześladował do  przedwczesnej śmierci – przez całe życie będzie starała się dokształcać, czytając wszystko, co tylko wpadło jej w ręce). Zdaną na wiele toksycznych relacji – zarówno w Hollywood, jak i w „zwykłym świecie”. Wystraszoną, że tak, jak jej matka, trafi do zakładu  psychiatrycznego. Nie znającej szczęśliwych związków, nie mogącej zrealizować swojego wielkiego pragnienia i obsesji – urodzenia i wychowania dziecka. Znerwicowaną, szukającą pocieszenia w lekarstwach – uspokajających i pobudzających na zmianę. Znoszącą wiele upokorzeń, z których wiele wynikało z wizerunku medialnego, w jaki wtłoczyła ją wytwórnia.
A przecież Oates nie opisała wszystkiego. Nie napisała biografii, a jedynie powieść inspirowaną życiem aktorki, zamieszczając w niej wybrane wydarzenia z jej życia, traktując je jako symbole  tego, co w rzeczywistości zaistniało ze znacznie większą intensywnością i częstotliwością. Sięgając po różne środki formalne, zarysowała wnikliwy portret psychologiczny kobiety, która będąc na oczach całego świata, nie potrafiła poradzić sobie ze swoim życiem.
To mocna książka, druzgocąco rozprawiająca się z mitem Marilyn – ucieleśnienia marzeń zarówno kobiet, jak i mężczyzn (choć z różnych powodów...). Niestety z góry wiadomo, że ta historia dobrego zakończenia mieć nie może.

Joyce Carol Oates, Blondynka. Powieść, tłum. Mariusz Ferek, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2002.


wtorek, 29 listopada 2011

Opodal ogrodów wikliny

Jedni śpiewają Miłosza, inni Okudżawę, a jeszcze inni Yeatsa. Dziś w cyklu „literatura w muzyce” kilka słów o zespole The Waterboys i ich spotkaniach z twórczością poety  W.B. Yeatsa. To, że Irlandczyk wielkim poetą był nie podlega dyskusji. A i z Mike’a Scotta niczego sobie muzykant. To bodaj po wysłuchaniu albumu Dream Harder pierwszy raz usłyszałem słynne: „ładnie grali, panie doktorze”. Wciąż ładnie grają.
Mike Scott i spółka wielokrotnie korzystali z twórczości Yeatsa, by wspomnieć tylko rewelacyjne The Stolen Child na płycie Fisherman’s Blues. W tym roku ukazała się płyta pod intrygującym tytułem An Appointment with Mr Yeats. Chciałbym jednak przypomnieć dziś inną pieśń, absolutny standard, czyli Down by the Sally Gardens (1889). Wspomnę tylko, że Yeats chciał odtworzyć piosenkę, którą często nuciła stara kobieta ze wsi Ballisodare. Muzykę do słów poety napisał Herbert Hughes.
Historia z The Waterboys jest nieco naciągana, ponieważ zespół tylko akompaniuje, a  śpiewa legenda tradycyjnej pieśni irlandzkiej – Tomás Mac Eoin. Ale i tak udało się im stworzyć – moim zdaniem – najlepsze (spośród zapewne tysiąca innych) wykonanie tego utworu.
A tak leci historia o spotkaniu między wierzbami:

Opodal ogrodów wikliny

Opodal ogrodów wikliny z kochaną spotkać się miałem:
I przeszyły przez zarośla jej nóżki śnieżnobiałe.
Chciała, bym miłość brał lekko, jak drzewo liście rodzi,
A ja byłem młody i głupi, nie chciałem się na to zgodzić.

W polu nad rzeką płynącą z moją kochaną stałem,
Złożyła mi na ramiona swe ręce śnieżnobiałe
Chciała, bym życie brał lekko, jak trawa na grobli rośnie,
Lecz byłem młody i głupi, i teraz płaczę żałośnie.

Przeł. Ludmiła Marjańska



Do posłuchania:
The Waterboys: Room to Roam (wydanie z 2008 roku)

Do poczytania:
W.B. Yeats: Wiersze wybrane. Wybór tekstów. Wyd. Ossolineum. Wrocław-Warszawa-Kraków 1997.

piątek, 25 listopada 2011

Symptomy bibliomanii

Agnieszka Drotkiewicz pisała swego czasu o „dziewczynach pióra”. Anne Fadiman to bezsprzecznie jedna z nich, do tego nieuleczalnie chora na zaszczepioną genetycznie bibliomanię*. Choroba ta ma poważne konsekwencje dla chorego, jego rodziny, przyjaciół, a nawet (w znaczący sposób!) dla zamieszkiwanej przezeń przestrzeni.
Dla tych, którzy chcieliby sprawdzić, czy sami nie są nosicielami tego zjadliwego wirusa (choć atakującego stosunkowo niewielką część populacji, w każdym razie z całą pewnością – jak  pokazały zeszłoroczne badania BN** – w Polsce epidemia nam nie grozi), Fadiman napisała przewodnik po tej chorobie, w którym kolejno opisuje zarówno wczesne symptomy, jak i objawy charakterystyczne dla zaawansowanego stadium rozwoju schorzenia.
By szanownym czytelnikom ułatwić zadanie autodiagnozy, zamieszczam poniżej kwestionariusz (oparty oczywiście na pracy Fadiman). Każdy, kto udzielił co najmniej trzech twierdzących odpowiedzi proszony jest o udanie się do najbliższego punktu pierwszej pomocy***.

  1. Czy masz emocjonalny stosunek do zgromadzonych przez siebie woluminów?
  2. Czy w trakcie wizyty w antykwariacie towarzyszy Ci nieusuwalny entuzjazm, a po odnalezieniu wśród wielu tytułów tego upragnionego – skoki ciśnienia?
  3. Czy Twój stosunek do książek jest radykalny (do wyboru: radykalnie dworski [nie wolno niszczyć książek!]  i radykalnie wyluzowany [czytaj gdzie chcesz, notuj na marginesach i ciesz się lekturą])?
  4. Czy w przypadku braku jakiejkolwiek książki pod ręką odczuwasz niepokojący i nasilający się z czasem głód lektury (który starasz się niekiedy zaspokoić czytaniem czegokolwiek)?
  5. Czy w jakichkolwiek sytuacjach codziennych najpierw rzucają Ci się w oczy literówki, błędy interpunkcyjne bądź inne niedociągnięcia korektorskie – a dopiero później sedno sprawy, o którą w danej sytuacji chodzi?
  6. I wreszcie: czy cierpisz na chroniczny brak wolnej przestrzeni, na której mógłbyś układać swe nowe książkowe nabytki?

Objawów choroby jest znacznie więcej. Zainteresowanych (i zainfekowanych) odsyłam do świetnej „książki o książkach” Anne Fadiman – Ex libris. Wyznania czytelnika, opatrzonej fantastycznymi redaktorskimi dopowiedzeniami autorstwa Jana Gondowicza.



Anne Fadiman, Ex libris. Wyznania czytelnika, tłum. Hanna Pustuła, Paweł Piasecki, oprac. i noty Jan Gondowicz, wyd. Świat Literacki, Izabelin 2004.


*Odmiana genetyczna nie jest jedyną możliwą – nierzadko zdarzają się chorzy na nabytą odmianę bibliomanii.
**Chodzi o słynny raport Biblioteki Narodowej, zgodnie z którym jedynie połowa W.P. Rodaków sięga w ciągu roku po jakąkolwiek książkę.
*** Może to być antykwariat, księgarnia, biblioteka lub po prostu jakakolwiek najbliższa półka z książkami.

niedziela, 20 listopada 2011

Kto się boi Immanuela Kanta? Część czwarta

Nieomal dwieście lat temu, 21 listopada 1811 roku, nad jeziorem Wansee, wybitny niemiecki dramaturg, Heinrich von Kleist, precyzyjnym strzałem w usta (tak, aby nie uszkodzić twarzy) zastrzelił swą przyjaciółkę, Adolfinę Henriettę Vogel. Następnie w taki sam sposób zabił siebie. Wiele słów napisano o tym samobójstwie, czyniąc z niego pewnego rodzaju akt filozoficzno-literacki.

Dziesięć lat wcześniej, Kleist po raz pierwszy przeczytał Kanta (prawdopodobnie Krytykę czystego rozumu). Dzieło to doprowadziło go do traumatycznych przeżyć. Tezy „smutnej filozofii” zdruzgotały młodego pisarza. „Straciłem mój jedyny, najwyższy mój cel, teraz innego nie mam…” Cóż takiego się stało? Winna była filozofia Kanta, według którego poznanie prawdziwego świata jest dla człowieka niedostępne. Zgodnie z filozofią Kanta – jak wywodził Kleist - gdybyśmy zamiast oczu mieli zielone szkła, sądzilibyśmy, że wszystkie przedmioty na jakie patrzymy, są zielonego koloru. Nie wiedzielibyśmy jednak, czy owa zieleń przysługuje rzeczom, czy może zależy wyłącznie od naszego widzenia. To samo można powiedzieć o rozumie, który nie jest w stanie rozstrzygnąć, co jest prawdą a co pozorem.

Tak oto Kant, pozbawiwszy świata jego realnej podstawy,  uczynił życie Kleista piekłem. Ten w liście do Wilhelminy von Zenge pisał: „Bezczynnie krążyłem po swym pokoju, siadywałem przy otwartym oknie, wybiegałem na powietrze, wreszcie jakiś wewnętrzny niepokój pędził mnie po tawernach i kawiarniach, chodziłem, by się rozerwać, na przedstawienia i koncerty, a nawet chcąc się zagłuszyć, popełniłem głupstwo…” Co za głupstwo? Tego niestety nie wiem. Choć biedak nie mógł ani jeść, ani czytać, to na szczęście mógł pisać.

Czy kryzys związany z Kantem miał wpływ na samobójstwo Kleista? Nie jest to pewne, niech jednak jego przypadek będzie przestrogą dla tych, którzy uważają, że filozofia nie ma nic wspólnego z życiem… i śmiercią.

A. Masson:Portret poety Kleista (1939).  Zamiast kuli w ustach znajduje się kwiat

Do poczytania:
H. von Kleist: Listy. Przekład i wstęp Wandy Markowskiej. Wyd. Czytelnik. Warszawa 1983. 

czwartek, 17 listopada 2011

Nazywam się Barthes. Roland Barthes

Barthes jako wtórny system semiologiczny?
Czemu nie? – wszak po „ponowoczesnej autobiografii” (ach, te notki wydawnicze...) Rolanda Barthesa można spodziewać się wszystkiego.
Na przykład luźnych spostrzeżeń na temat nudy na konferencjach naukowych, cytatów z Brechta, zabawnie podpisanych zdjęć rodzinnych. Uwag o strukturalizmie, pisaniu, dyskursie. Fragmentów dziennika, listów. Rysunków. Notatek. Ankiet egzaminacyjnych z „zadaniami z Barthesa”.  Pojedynczych spostrzeżeń autora/bohatera na – tu nikt nie powinien być zdziwiony – każdy temat.
Czemu fragmenty? Bo „ile fragmentów i początków, tyle przyjemności”.
Bo „pierwotne upodobanie do szczegółu” wypiera chęć odtwarzania „mas” (Barthes wprawdzie nie pisze o braku chęci, ale o braku umiejętności – nie dajemy jednak wiary temu kokieteryjnemu wyznaniu).
Poniżej – na zachętę – fragment jednego z fragmentów. Przyczynek do dyskusji o powinnościach czytelniczych intelektualisty:
„[...] nie przeczytać Hegla byłoby czymś karygodnym dla dyplomowanego filozofa, marksistowskiego filozofa, specjalisty od Bataille’a.  Ale dla mnie? Gdzie zaczynają się moje czytelnicze powinności?”.


Roland Barthes, Roland Barthes, tłum. Tomasz Swoboda, wyd. słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2011.

sobota, 12 listopada 2011

O tyrańskiej namiętności

Oj, niezbyt szczęśliwe było niegdyś życie onanisty. Nie było ani prof. Lwa-Starowicza, ani nawet dra Depki. Musiał biedak polegać na innych lekarzach, w tym na niejakim J.-L. Doussin-Dubreuilu. A jego recepta była prosta: „Powtarzam, od chwili, gdy zdemaskuje się winowajcę, trzeba go natychmiast odizolować od osobników niewinnych, bo onaniści są potworami przeznaczonymi od usunięcia z klatki zwanej Naturą”. Biedak stawał zatem przed egzystencjalnym wyborem: albo – albo. No cóż, można powiedzieć, że los nieszczęśnika znajdował się w jego rękach. Beznadziejna sprawa. Chwilowo pomagało przywiązywanie do łóżek, modlitwy, zimne kąpiele, itp. Przydatny był także pewien wywar. Oto jego zawartość: „Pół garści utłuczonego drzewa chinowego/dwie garści świeżego szczawiu/szczypta szczytników małej centurii pospolitej/szczypta przetacznika leśnego”. To wszystko na trzy szklanki wody. Czy było skuteczne? Po składnikach zakładam, że to całkiem możliwe.
Dziś na te historie spoglądamy z uśmiechem, wiemy bowiem dobrze, jak uświadomił nam Woody Allen, że masturbacja to seks z kimś, kogoś się naprawdę kocha.

Do poczytania:
J.-L. Doussin-Dubreuil: Niebezpieczeństwa onanizmu. Listy i porady dotyczące leczenia chorób nim wywołanych. Z francuskiego przełożył i posłowiem opatrzył Krzysztof Rutkowski. Wyd. Słowo-Obraz-Terytoria. Gdańsk 2011.

środa, 9 listopada 2011

Zawód: filozof

Skończyłam właśnie lekturę książki W sieci Iris Murdoch. Pozycja ta warta jest polecenia z wielu powodów, dzisiejszy post nie ma być jednak recenzją, ale przyczynkiem do refleksji nad wyzwaniami stojącymi przed filozofem – filozofującym i kształcącym miłujących mądrość adeptów tej sztuki.
Murdoch, sama filozofka (była autorką m.in. pierwszej poświęconej Sartre’owi pracy anglojęzycznej!), jednemu z wielu barwnych bohaterów swej powieści, każe parać się tym niejasnym i już na pierwszy rzut oka wysoce podejrzanym zajęciem, jakim niewątpliwie jest filozofowanie. Otóż filozofem jest Dawid, kolega głównego bohatera książki Jacka Donaghue, który nagle zostaje pozbawiony lokum i między innymi u Dawida szuka schronienia.
Dawid to filozof – czyli kto? Jak wyjaśnia Donaghue, ów kumpel „jako filozof zajmuje się zawodowo istotą bytu, splotem istnienia [...] a nie różnymi błahostkami, z którymi większość z nas musi się stykać i mocować”. Ha! Nie dla (prawdziwego) filozofa zatem rachunki, zakupy i ścieranie kurzu.
Także filozof coś jednak czasem jeść musi. Powodowany zatem tą jakże przyziemną potrzebą, prowadzi zajęcia na pobliskim uniwersytecie. Skupia wokół siebie „wielu młodych ludzi, którzy część swej uwagi poświęcają Prawdzie”.
I tu nowy problem – zachęcać, czy zniechęcać? Naprowadzać na drogę, którą – po latach prób, błędów i przemyśleń – samemu się obrało, czy raczej pokazywać wielość kierunków, w których można podążyć?
Dawid to zdeklarowany antymetafizyk. Bez przedstawionych wyżej wątpliwości stara się odwieść swoich studentów od metafizyki, ba – od filozofowania! I, co zapewne świadczy o jego talencie dydaktycznym, nierzadko zamierzony cel osiąga: „od czasu do czasu udaje mu się nawrócić jakiegoś szczególnie podatnego na perswazję młodzieńca na własny sposób przeprowadzania analizy językowej, po czym młodzieniec ów w ogóle przestaje się interesować filozofią. Śledzenie wpływu Dawida na tych młodych ludzi przypomina obserwowanie ogrodnika przycinającego krzew różany: wycina właśnie te najmocniejsze, najlepiej rozwinięte pędy. Potem kiedyś może ten krzew zakwitnie, lecz – w intencji Dawida – zgoła nie filozoficznym kwieciem”.

Iris Murdoch


Cytaty pochodzą z książki:
Iris Murdoch, W sieci, tłum. Marianna Abrahamowicz, Maria Leśniewska, wyd. Czytelnik, Warszawa 1975.

poniedziałek, 7 listopada 2011

Orbis Tertius

Proszę sobie wyobrazić świat, w którym rzeczy nie znajdują się w przestrzeni, lecz są serią czasowych następstw i zdarzeń. Istnieje tam specjalny język: nie ma rzeczowników, a jedynie czasowniki. I tak, księżyc to księżycować, a rzeka – wiecznie sączyć. Filozofowie tutaj nie poszukują prawdy, lecz zadziwienia. Największym zagrożeniem jest materializm, owo pozorne rozumowanie. Geometria obejmuje dwie dyscypliny: dotykową i wzrokową. Nie zna równoległych i uznaje, że człowiek, który zmienia swe położenie, tylko modyfikuje otaczające go formy. Wszystkie książki mają tę samą fabułę, a dzieła filozoficzne zawierają niezmiennie tezę i antytezę. Książka, która nie zawiera swojej antyksiażki jest niekompletna. Rzeczy podwajają się, ale dążą również do zatarcia i zatracenia szczegółów, gdy ludzie o nich zapominają. „Klasycznym jest przykład progu, który trwał, dopóki siadywał tam pewien żebrak, i który zniknął wraz z jego śmiercią. Zdarzało się też, że ptaki lub koń ratowały ruiny jakiegoś amfiteatru

Taki świat przedstawił Jorge Luis Borges, zainspirowany filozofią George’a Berkeley’a. Sam Argentyńczyk nie miał żadnego osobistego systemu filozoficznego, nawet do tego nie zmierzał. Jest „tylko” pisarzem. Można powiedzieć, że wykorzystywał filozofię idealistyczną dla swych prywatnych celów. Filozofia pomagała mu ogarnąć świat, którego prawdziwa istota jest ukryta. Podążając śladami swych wielkich mistrzów metafizycznego niepokoju: Calderona, Cervantesa, Poe’go, używał filozofii w taki sposób, jak Dante czy Milton wykorzystywali teologię. Filozofia jako służka literatury. Trzeba przyznać, że niewolnictwo to rozkoszne.

J.L. Borges: Tlön, Uqbar. Orbis Tertius. Przeł. A. Sobol-Jurczykowski. W: Nowa antologia osobista. Przeł. A. Sobol-Jurczykowski i inni. Wydawnictwo Literackie. Kraków 2006.

czwartek, 3 listopada 2011

Śniąc o miłości

Zakochanie to stan z jednej strony euforyczny, z drugiej zaś bardzo trudny.
Zakochany nie może jeść, pić ani spać. Wciąż chce być – choćby myślą – przy ukochanej osobie.
A co, jeśli zakocha się bóg snów?
A co, jeśli swoją ukochaną spotyka tylko w snach?
Między innymi o tym pisze Alexsander McCall Smith w książce o celtyckim bogu snów i miłości – Angusie.
Angusie zakochanym, ale też zsyłającym miłość i piękne sny. Przywracającym młodość.
Nic to dziwnego, że Angus jest jedną z najbardziej lubianych postaci celtyckiej mitologii i nic to dziwnego, że właśnie o nim Szkoci śpiewają dzieciom przed snem.







Do posłuchania: 
Annie Lennox, Dream Angus (tradycyjna szkocka kołysanka)

Do poczytania: 
Alexsander McCall Smith, Angus od snów. Celtycki bóg snów, tłum. Jolanta Kozak, Wydawnictwo Znak, Kraków 2007.

poniedziałek, 31 października 2011

Na miłość boską, Montresor!

W 1976 roku Alan Parsons zadebiutował płytą Tales of Mystery and Imagination. Nie był to człowiek znikąd: wcześniej asystował podczas realizacji Abbey Road, sam zaś wyprodukował Dark Side of the Moon. Płyta Tales of Mystery… słusznie uważana jest za jeden z ciekawszych debiutów rocka progresywnego. Za stronę literacką opowiadał… Edgar Allan Poe. Już tytuły wprowadzają mroczny nastrój: „Zagłada domu Usherów”, „Kruk”, „Serce oskarżycielem”, „System doktora Smoły i profesora Pierza” (w tym przypadku raczej z tym mrokiem to przesadziłem). Jest też historia o zemście i murarce. Montresor zwabił do piwnicy swego wroga – przynętą był antał Amontillado.
„Nastała północ i praca moja miała się ku końcowi. Ułożyłem ósmą, dziewiątą i dziesiątą warstwę. Po czym wykończyłem w  części jedenastą i zarazem ostatnią; pozostawał jeszcze jeden kamień, który trzeba było włożyć na miejsce i otynkować. Podźwignąłem go z wysiłkiem; samym tylko krańcem wtłoczyłem do otworu. Wówczas ozwał się z wnęki głuchy śmiech, od którego włosy stanęły mi na głowie. Następnie rozległ się dziwny głos, po którym nie łatwo było poznać dostojnego Fortunata” (Przeł. Stanisław Wyrzykowski).




Do posłuchania:
Alan Parsons Project: Tales of Mystery and Imagination (1976)

Do poczytania:
E.A. Poe: Beczka Amontillado (różne wydania)

niedziela, 30 października 2011

W posępną (prawie) listopadową noc...

Przełom października i listopada. Ponury czas, który ma jednakże swoje zalety: świetnie nadaje się do sięgnięcia po dobry – alkoholowy lub nie – trunek oraz mroczną, a więc idealną na zamglone wieczory literaturę.
W czasach, gdy te późnojesienne dni kojarzą się młodzieży głównie z wydrążonymi dyniami i groźbami psikusów (jeśli nie ma cukierków), w czasach, gdy furorę robią wampirze sagi, w których zawsze największy przystojniak okazuje sie mieć kły i krwiożercze zamiary, warto wrócić do klasyki literackiego straszenia. Wtedy okaże się, że to, co dziś często uchodzi za prawdziwie mrożące krew w żyłach, jest jedynie pop wersją prawdziwych strachów....
Na dowód tych słów, fragment opowiadania niezaprzeczalnego mistrza cmentarnych historii – Edgara Allana Poe. Cytat pochodzi ze starannie wydanego, niezwykle bogatego zbioru, wspaniale opracowanego graficznie (polecam!).
A teraz postraszmy się:
„Całe wnętrze komnaty tchnęło śmiercią, lecz osobliwy zaduch trumny przyprawiał mnie o zawrót głowy i zdawało mi się, że śmiertelne wyziewy dobywają się już z trupa. Oddałbym świat cały za możność ucieczki, za możność pozbycia się jadowitych wpływów śmierci, za jeden choćby łyk świeżego powietrza zaczerpniętego z wiecznotrwałych niebiosów. Lecz nie miałem już sił poruszyć się z miejsca, kolana uginały się pode mną i wrosłem, zda się, w ziemię, nieruchomo wpatrując się w sztywnego trupa, poległego wzdłuż na dnie rozwartej trumny”.*

Cytat z: Edgar Allan Poe, Berenice, tłum. Bolesław Leśmian. W: Idem, Opowieści miłosne, śmiertelne i niesamowite, wyd. Vesper, Poznań 2010, s. 9-20.

piątek, 28 października 2011

Książki są naszą miłością

Na początku przepraszam za ten patetyczny tytuł. Mam nadzieję, że podsumowujący cytat ten podnosiły ton rozwieje. I drugie przeprosiny za ów cytat, nieco libertyński, gdyż nasz dzisiejszy bohater należał do tych, co chętnie machali szpadą. A historia dotyczy młodego Rousseau. Jeszcze nie filozofa, ale awanturnika i włóczęgi. Jak wiadomo, po okresie psotnika nadchodzi okres czytelnika. I dokładnie tak było również z autorem Emila. Z nudy wyrwały go książki, z którymi zapoznała go tajemnicza pani La Tribu. Czytał wszystko i wszędzie. Czytanie – jak wyznaje – stało się jego wielką... namiętnością: „Przypadek tak dobrze przyszedł w pomoc mej wrodzonej wstydliwości, że miałem przeszło trzydzieści lat, nim pierwszy raz rzuciłem okiem na jedno z owych niebezpiecznych wydawnictw, które pewna światowa dama określiła jako bardzo niewygodne, ponieważ przy czytaniu można je trzymać tylko w jednej ręce”.

Wstydliwy Jan Jakub


Do poczytania:
J.J. Rousseau: Wyznania. T.I. Przeł. Tadeusz Żeleński (Boy). PIW. Warszawa 1978. 

poniedziałek, 24 października 2011

Krytyka kwitnącego ogrodu

Patrząc z perspektywy filozoficznej, ogrodnictwo to wysoce skomplikowana materia. Każdy szanujący się ogrodnik przede wszystkim jest ze swej natury platonikiem. W ogrodowym mikroświecie platoński idealizm przejawia sie przede wszystkim w nieusuwalnym przywiązaniu do łacińskich nazw roślin. Skąd się to bierze? Otóż dla prawdziwego ogrodnika – w odróżnieniu od pospolitych badylarzy czy sadowników – „kwiat bez imienia jest [...] kwiatem bez idei metafizycznej, krótko mówiąc nie istnieje w sposób pełnowartościowy”.
Każdy prawdziwy ogrodnik, znający się na rzeczy wie, że „kwiat bezimienny jest chwastem; kwiat z łacińską nazwą zyskuje jakby ostrogi fachowości”.

Rys. Josef Capek


Ogrodowy idealizm o platońskiej proweniencji przełamywany być musi irracjonalizmem,z jednej strony pochodzącym z ludowej tradycji przekazywanej w przysłowiach (głównie dotyczących pogody: ona bowiem stanowi rację bytu ogrodu – a co za tym idzie także rację bytu ogrodnika), z drugiej zaś ma wyraźnie mistyczne zabarwienie (choć dotyczy to tylko sekciarzy takich jak ci, którzy uparli się, by hodować wyłącznie kaktusy, z którymi przecież nigdy nic nie wiadomo). W pewnych tajemniczych aspektach uprawy ogrodu trudno bowiem o logiczne argumenty.
Rys. Josef Capek

Prawdziwie krytyczną analizę warunków możliwości istnienia ogrodu znajdziemy u Karela Čapka (z którego książki pochodzą wykorzystane powyżej cytaty oraz rysunki):

K. Čapek, Rok ogrodnika, tłum. Halina Janaszek-Ivaničková, Iskry, Warszawa 1986.



piątek, 21 października 2011

Kto się boi Immanuela Kanta. Część trzecia

Dziś o Kancie w sosie ekspresjonistycznym. Uprzedzam, że wysmakowane to danie. Czytając wczesne opowiadania poety i lekarza (wówczas jeszcze w odwrotnej kolejności) Gottfrieda Benna, natknąłem się na frapujący fragment dotyczący Kanta. Postacią łączącą opowiadania jest lekarz Rönne, który podczas krojenia mózgów pacjentów (Benn pracował przez pewien czas w szpitalu dla prostytutek) „myślał”…

„Kant, pomyślał, pająk krzyżak, wszetecznik kpiący z obowiązujących wartości, rynek niewolników, martynikański, urzeczowień możliwych do ujęcia w schematach, drutowaty, zaplątujący wszystkie wartości rybne i ucieczkowe w więcierzach czaszek –

Kant, pomyślał, manufakturzysta od złotych podziałów, wielki zakręcacz materii, balansista w związku – przepychający się – na drogach systemowych – triumfalnych wobec kosmosu.

Kant, pomyślał, wygodna sytuacja, gabinecik uczonego, osiemnastowieczna sylwetka wycięta czarnego papieru, niebo gwiaździste nad żabotem – osiadający kontynent, rosół ze szczurzych ogonów, które sondują wrak, z głową do przodu – pobieżnie – transatlantycka”.

Przyznaję, że trudno tu o komentarz, może tylko skromnie dodam, że też mam gabinecik.

Do poczytania:
Gottfried Benn: Mózgi i inne nowele. Przeł. Sława Lisiecka. Wyd. PIW. Warszawa 2011 

środa, 19 października 2011

O urabianiu młodzieży

W literackich i filmowych obrazach szkoły, nauczyciel występuje najczęściej jako manipulant albo wyzwoliciel. Nauczyciel-manipulant to funkcjonariusz opresyjnego szkolnego systemu, wtłaczającego każdy przejaw indywidualności, jaki zauważa u nieszczęsnych dziatek, w ujednolicające je wszechaspektowo formy. Często w takim ujęciu szkoła jest metaforą systemu totalitarnego, a nauczyciel – uosobionym dyktatorem.
Tu wszystkim zapewne staje przed oczami – poniekąd słusznie – użytkownik najsłynniejszej chyba maszynki do mięsa na świecie:


Z kolei nauczyciel-wyzwoliciel – oto niemal niedościgłe uczniowskie marzenie. On to sprzeciwia się opresyjnemu systemowi, stając się prawdziwym duchowym przewodnikiem swych uczniów. Niczym John Keating z filmu Petera Weira walczy o każdą uczniowską duszyczkę i broni każdego przejawu indywidualności.


Jean Brodie nie daje się postawić ani w pierwszym ani w drugim szeregu. A może raczej: zdaje się łączyć w sobie te dwie, pozornie wykluczające się role.
Panna Brodie-wyzwolicielka sprzeciwia się metodom nauczania dominującym w edynburskiej szkole dla dziewcząt, w której pracuje i stara się być przewodniczką duchową wybranych uczennic, które zaprasza do domu i teatru. Odkrywa przed nimi świat baletu i nieznanych im wcześniej dzielnic Edynburga. Zwierza im się z przeżywanych miłosnych przygód, opowiada o podróżach i swoich fascynacjach – sztuką, kulturą, wybitnymi kobietami.
Powtarza im niemal nieustannie, że są jej powołaniem, a ona poświęca im najlepszy czas swojego życia – jego pełnię.
I tu wkracza na scenę Brodie-manipulatorka. Intrygantka, wpajająca dziewczętom ze swego „stadka” zasady, dzięki którym zyskuje ich zachwyt i lojalność na lata. Narzucająca im role, które mają odgrywać w swojej grupie. Wymuszająca spotkania i rozmowy, na które jej wychowanki nie mają ochoty.
Nie bez znaczenia jest oczywiście fakt, że powieść Muriel Spark, której bohaterką jest Jean Brodie, rozgrywa się w latach trzydziestych. Sama zaś Brodie, po kolejnych podróżach wakacyjnych wraca z coraz to większym zachwytem nad porządkiem, jaki panuje we Włoszech i w Niemczech.
I tu historia zatacza koło – bo znów docieramy do metafory totalitaryzmu – czas zatem kończyć tę krótka medytację nad ciężkim nauczycielskim losem.

Do poczytania:
Muriel Spark, Pełnia życia panny Brodie, tłum. Zofia Uhrynowska, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1972.

Do obejrzenia:
Stowarzyszenie umarłych poetów (1989, reż. Peter Weir);
Pink Floyd The Wall (1979, reż. Alan Parker).