Zbliża się do końca cykl z moimi ulubionymi gitarzystami. Pozostało jeszcze czterech. Dzisiejsza prezentacja będzie zagadką. Ponieważ mój bohater jest gitarzystą tak znanym i docenianym (mam nadzieję), to zagadka jest czystą formalnością.
Oto fragment bardzo znanego (mam nadzieję) filmu. Główny bohater filmu (rzecz dzieje się Londynie) przypadkiem (czyżby) trafia na koncert. A na scenie zespół z dwoma gitarzystami. Chodzi mi o wyższego, bruneta, grającego na białej gitarze. Tym razem występuje w roli drugoplanowej (w tej kategorii też dają Oscary). Jednak po głowie krążył mu już plan założenia nowej kapeli - tylko z jednym gitarzystą. Znakomita scena.
Jednym z najważniejszych znaków firmowych zespołów grających tzw. rocka progresywnego (muzyka dla wrażliwych - jak reklamowała to pewna firma, sprzedająca kasety magnetofonowe), jest pewien poziom wyszkolenia muzycznego. Jeśli chcecie grać piosenki, które trwają po pół godziny, to naprawdę musicie jakoś wypełnić ten czas. Popisy na klawiszach, perkusji, potem jeszcze raz klawisze, wokalizy i oczywiście niezliczone akrobacje gitarzystów.
Kiedyś byłem wielkim fanem tego typu muzyki, dziś nie jestem w stanie wysłuchać nawet Pompejów (nie jestem już pewnie taki wrażliwy). Nuda. Rock progresywny znudził nawet samych muzyków, którzy przeszli w stronę rocka eksperymentalnego czy jazzu.
Niemniej jednak Latimer, Gilmour, Fripp, Rothery, Akermann, to w swoim fachu - mistrzowie. Z całej tej grupy, wybieram - mojego faworyta - Steve'a Howe'a. Fantastycznie długie palce.
Wracam do mojego starego cyklu, chociaż studenci już nie boją się Kanta. Nikogo się nie boją. Wracam fragmentem z Wielimira Chlebnikowa. Interpretację pozostawiam czytelnikom, ja boję się spróbować:
"Marzę o wielkim ognisku z książek. Żółte iskry, zwinny ogień, przezroczysty popiół, rozsypujący się od dotknięcia, a nawet oddechu, popiół, na którym można jeszcze odczytać poszczególne strofy, słowa chwały lub pychy - wszystko zmienia się w czarny, piękny, rozjarzony od wnętrza ogniem kwiat, wyrosły z książek ludzkich, jak kwiaty przyrody wyrastają z ksiąg ziemi, grzbietów jaszczurów i innych zwierząt wykopaliskowych. I wtedy, jeżeli na bryle płonących stron przypadkiem zostanie słowo: Kant, to ktoś znający narzecze szkockie, przetłumaczy to słowo na 'szewc'. To wszystko, co pozostanie z myśliciela. Wzniósł on nierękodzielny pomnik ograniczoności swego narodu. Zresztą, czy był on myślicielem?".
W. Chlebnikow: Rozmowa dwóch osób. Przeł. J. Śpiewak. W: W. Chlebnikow: Włamanie do wszechświata. Poezja i proza. Wybór i przekład Anna Kamieńska i Jan Śpiewak. Wydawnictwo Literackie: Kraków 1972, s. 28.
A dziś mało znany, ale wart poznania, węgierski pisarz:
„Uważam, że ludzie żyją dopóty, dopóki mają rację, bo kiedy
się mylą w ocenia świata i rzeczy, to się powoli zniechęcają, tracą humor,
podupadają na zdrowiu i odchodzą… umierają. Dlatego w obecności babci nigdy nie
wyrażam swojej opinii w kwestiach, co do których ja mógłbym mieć rację, nie ona.
Najlepiej milczeć” (Géza Csáth: Opium. Opowiadania i dzienniki. Przeł. E.
Cygielska i inni. Wyd. PIW. Warszawa 2016, s. 156).
Dziś powracam do moich ulubionych klimatów, czyli muzyki świata (nie wiem, jak lepiej to nazwać). Wielką gwiazdą tej muzyki jest Senegalczyk Youssou N'Dour. Niestety, nie gra na gitarze. Gra na niej za to Barthélémy Attisso. I to jak. Z pochodzenia Togijczyk, z wykształcenia prawnik był jednym z filarów legendarnego senegalskiego zespołu Orchestra Baobab. Ten założy w 1970 roku w Dakarze zespół stał się jedną z czołowych przedstawicieli muzyki afrykańskiej (choć mocno w typie son-cubano). Zespół ma się całkiem dobrze, choć Attisso nie nadaje już rytmu i nie wykręca pięknych solówek. W przeciwieństwie do gitarzystów, o których pisałem wcześniej - żyje. Wrócił do swojego zawodu i udziela porad prawnych w niebezpiecznym Lomé.
Wśród słuchaczy muzyki rozrywkowej co raz wybuchają spory, spowodowane odejściami liderów. Czy lepszy był Genesis z Gabrielem, czy z Collinsem? Czy Marillion bez Fisha, to wciąż Marillion? Syd Barret czy Roger Waters, a może Gilmour? itp.
Podobnie było z moimi dzisiejszymi bohaterami (znowu miejsce podwójne), a mianowicie z zespołem The Fleetwood Mac. W pierwszym składzie zespołu Micke'a Fleetwooda (perkusja) na gitarze grał Peter Green. Wcześniej razem grali w kuźni talentów, czyli Bluesbreakers Johna Mayalla. Wybitny gitarzysta i kompozytor. Narzucił zespołowi swój niepowtarzalny, blues-rockowy styl.
W 1970 roku odszedł od zespołu, który stopniowo zmierzał w stronę rocka lub pop rocka. Fani Greena kręcili głowami. Pojawiły się wokalistki (Steve Nicks oraz Christine McVie), pojawiły się przeboje, zespół osiągnął sukces. Z Greenem nie było tak źle. Znacie Black Magic Woman - to jego kompozycja. W 1975 roku miejsce gitarzysty zajął Amerykanin Lindsey Buckingham i niemal wszyscy zapomnieli już o Greenie.
Uwielbiam Fleetwood Mac zarówno z Greenem, jak i Buckinghamem. Fenomenalni muzycy. Oto dwa tego przykłady. Dwa fantastyczne utwory. Epickie, gotyckie The Green Manalish (na drugiej gitarze świetny, niestety, niespełniony, Danny Kirwan) oraz Big love. Buckingham (też fajnie śpiewa) gra a ja słyszę co najmniej dwie gitary. Niech ktoś to zagra przy ognisku, zdobędzie uznanie.