niedziela, 27 sierpnia 2017

Kto się boi Immanuela Kanta? Część 17

Nie zapominamy o naszych cyklach. Tym razem wracamy do Kanta, przypominając lekko upiorny wiersz Jarosława Iwaszkiewicza. 


Widzę co nocy bezdeń czarniawą
W górze nad nami,
Niebo ogromne z mgławic kurzawą,
Drżące gwiazdami

Strachem przejmuje dolina wieczna,
Czarny jar Boga,
W wichrze tworzenia rozwiana mleczna
Słoneczna droga.

Lecz przerażenie większe porywa
Gdy spojrzę w siebie –
Bezprawnych orbit spieniona grzywa
Jaźń mą kolebie.

Tam nie wirują mgławice, ziarna
Narodzin wielu.
Noc nieprzejrzana, bez dna i czarna –
Immanuelu! 


poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Tumorysta

W środku, między ścianami czaszki, coś się dzieje”

W latach międzywojennych Frigyes Karinthy (1887–1938) był wielką gwiazdą literatury węgierskiej. Specjalizował się w drobnych utworach, reportażach, poezji, ale także przekładach. W jego ogromnym i różnorodnym dorobku – w Polsce słabo znanym – wyróżnia się opowieść o chorobie (guz mózgu), którą zatytułował Podróż wokół mojej czaszki (nie przypadkiem tłumaczył Swifta). Nie jest to jednak żadne studium przypadku, lecz niemal poetycka opowieść o tym, jak humorysta przemienia się w tumorystę. Książka nie jest pozbawiona waloru naukowego: Autor posiadał dużą świadomość medyczną („Sam sobie mogę postawić diagnozę”) i można czytać ją także jako swoistą patografię. Tak zrobił między innymi słynny Olivier Sacks, pisząc wstęp do angielskiego wydania. A mamy jeszcze wątek Herberta Oliviercrony, pioniera neurochirurgii, który operował pisarza. Nie było wówczas łatwo o lekarza, który podjąłby się tak trudnej operacji. Stąd liczne podróże i poszukiwania kliniki, o czym Karinthy fantastycznie opowiada. I ten opis samej operacji. „Lekkie ukłucie w czubek głowy. To chyba zastrzyk. Czy profesor już jest? Prawdopodobnie tak, z boku chwieją się dwa białe fartuchy. Słyszę tępy dźwięk. Teraz chyba... ejże!”. Warto dodać, że pacjenta, aby rzekomo zwiększyć jego szansę na przeżycie, operowano bez znieczulenia ogólnego. W każdej chwili można było go zapytać: jak się Pan czuję?. 

Główną siłą książki jest język, jakim pisze Autor o swej chorobie, który sprawia, że mamy faktycznie do czynienia z podróżą. Nie tylko między Budapesztem a Sztokholmem, jedną a drugą kawiarnią, lecz między zdrowiem a chorobą, życiem a śmiercią. I narracje te wybornie się uzupełniają. A wszystko to dzieje się w Europie roku 1937. I na koniec – jeden przykład metafizyczno-szpitalnego nastroju: „Po siódmej ożywione życie szpitala zamiera, lekarze idą do domu bądź do swoich pokoi. Szerokie koszarowe korytarze wyludniają się, a w salach pali się niebieskie światło nie z tej ziemi. Ja też dostosowuję się do nastroju i zapalam u siebie niebieskie światło. Patrzę na mokry park – tymczasem się rozpadało – i w cichości ducha zastanawiam się, czy w ogóle mam coś do stracenia. Pomijając wszystko inne, dobrze wiem, że NIE BYĆ jest wyjątkowo nudnym stanem w porównaniu do różnobarwności życia. Ale ma też dużo zalet. Nie trzeba rozmawiać, szukać wymówek. Gdyby tylko człowiek umiał  korzystać z tych zalet, w jakimś TRZECIM STANIE poza życiem i śmiercią – gdybym mógł wejść do swojej ulubionej kawiarni tak, aby tam nie być, usiadłbym wśród ludzi i nikt by o mnie nie wiedział" (s. 68).

Do poczytania:
Frigyes Karinthy: Podróż wokół mojej czaszki. Przeł. A. Górecka. Warszawa: PIW  2008.

niedziela, 23 kwietnia 2017

Wracamy

Hans Magnus Enzensberger: Presokratejsko

Szkoda! O czterech żywiołach
nie chcą już słyszeć -
nasi czołowi badacze. Teraz
doszli, o ile wiem,
do numeru sto ósmego
i nie przestają majstrować
przy transuranowcach

Ale wystarczą cztery stare.
"Ma pan ogień?" "Proszę bardzo".
Szklanki wody odmówi ci
raczej mało kto.
Łyk powietrza, wciąż jeszcze
można go dostać bez karty kredytowej,
a ta szufla ziemi
na twoje szczątki - przynajmniej
ty możesz ją mieć gratis.

Przeł. Andrzej Kopacki

piątek, 28 sierpnia 2015

Z dziejów filozofii życia

Post dedykujemy tym, którzy wciąż jeszcze twierdzą, że filozofia do niczego się nie przydaje. 

Pastor Tom Marshfield – bohater powieści Updike’a Miesiąc nadziei – wspomina wykłady z filozofii a dokładnie miłą, choć nieśmiałą Jane: „Poznaliśmy się w chłodnym brytyjskim słońcu hobbesowskiego realizmu, odbijaliśmy piłki z niepohamowanym egoizmem i umówiliśmy się na następny mecz jako partnerzy. Nim doszło do następnego spotkania, Hume odpalił „powinien” i „słuszny”, a Bentham próbował rekonstruować hedonizm formułami maksymalizacji. Nasz pierwszy pocałunek przypadł na Spinozę, bardziej titillatio niż hilaritas. Czułem jednak, jak mój conatus, ponure centrum mego jestestwa, pięknie unosi się z mej przepony, gdy w ciemności zamkniętych powiek jej ciężar po raz pierwszy przygniótł mój. Gdy Kant usiłował złagodzić racjonalizm imperatywami kategorycznymi i Achtung, Jane pozwoliła mi pieścić swoje piersi przez sweter. Do czasu potwornego utożsamienia przez Hegla moralności z wymogami państwa, moja dłoń rozgrzewała się w jej staniku, a mój dostęp został rozszerzony i dotyczył także ud”*. 

John Updike: Miesiąc niedziel. Przeł. Jerzy Kozłowski. Wyd. Rebis. Poznań 2012, s. 58.


sobota, 18 lipca 2015

Profesor Misia

Drugi tom wywiadu-rzeki Transe–Traumy–Transgresje. Książka ciekawa i nużąca zarazem. Interesująca przede wszystkim ze względu na jej bohaterkę – Marię Janion – wielką postać polskiej humanistyki, o której życiu, metodach pracy czy ewolucji poglądów wiele tu czytamy. Ponadto – sporo dowiadujemy się też o ludziach, z którymi bohaterka książki spotykała się bądź pracowała, o klimacie pracy naukowej w Polsce lat siedemdziesiątych (choćby o dostępności zagranicznej literatury).

Co nuży? Książka wydaje się zupełnie pozbawiona redakcji. Fragmenty wartkie i wciągające przeplatają się z przegadanymi dłużyznami (np. dłuuuuuga egzegeza odnalezionego w trakcie przygotowywania książki brulionu z notatkami, sporządzanymi przez Janion w latach siedemdziesiątych – notatki tam zawarte dotyczą lektur, spotkań, obejrzanych filmów). Przydałoby się tu krytyczne oko przycinające tu i ówdzie niektóre wątki.

Gdzieś czytałam recenzję, której autorowi brakowało polemik z Janion. Tu z kolei moja polemika. Przede wszystkim – co zresztą zostało w owej recenzji wskazane – to wywiad przeprowadzany przez Kazimierę Szczukę, uczennicę Mistrzyni (jak Maria Janion jest tu często nazywana). Trudno więc spodziewać się, że osoba wiele zawdzięczająca Janion, osoba jej bliska (co można także wywnioskować z książki), będzie chciała ją atakować. Poza tym, tak to już jest z książkami typu „wywiad-rzeka” – w tej konwencji chodzi raczej o przedstawienie poglądów bohaterki bądź bohatera, o jej czy jego swego rodzaju autoprezentację i to w granicach przezeń wyznaczonych. Trudno spodziewać się przekraczania tych granic, krytyki bądź samobiczowania (chyba, że bohaterka bądź bohater akurat mają na to chęć).

Na zakończenie notki fragment (w moim przekonaniu zachęcający do lektury), dotyczący Mirona Białoszewskiego, należącego do kręgu znajomych Marii Janion:
„- Jaki był Białoszewski? Chodzi mi o pierwsze Pani skojarzenie.
- Bardzo dziwny był to człowiek. Zawsze robił na mnie wrażenie kogoś zabieganego, stale szukał tych objawów życia, tak jak je rozumiał, życia szczególnego i szczegółowego. Szumy, zlepy, ciągi, tak to określał. Był nastawiony na odkrywanie. Bezustannie czuwał nad tym wszystkim z dziewiątego piętra swego mrówkowca, chciał jakoś usłyszeć i zapisać odgłosy, oznaki i ślady życia. Kiedy wychodziłyśmy od niego późną nocą, wychodził z nami, żeby krążyć w nocy po mieście, jesienią czy zimą. Miał takie stare, wytarte palto po ojcu, wyglądał w nim jak nocny stróż. I rzeczywiście był takim nocnym stróżem, który obchodził Warszawę. Jak sam opowiadał, wchodził czasem na podwórka i słuchał, jak ludzie chrapią. Latem, kiedy okna są otwarte, można podobno posłuchać różnych rodzajów chrapania dobiegających z rozmaitych mieszkań. Tego się od niego dowiedziałam.”


Transe–Traumy–Transgresje. T.2. Prof. Misia. Z Marią Janion rozmawia Kazimiera Szczuka. Wydawnictwo Krytyki Politycznej. Warszawa 2014.

sobota, 11 lipca 2015

Dualizm metafizyczny

Fryderyk Schiller: Metafizyk

"Jakże świat u stóp moich ułożył się nisko!
Ledwie widzę, jak w dole ludkowie się roją!
Aż pod sam namiot niebios wzbił osobę moją
Kunszt mój wyższy nad wszystko!"
Tak woła karzeł-olbrzym - jego imię
Jaś Metafizyk - w domu przy pulpicie.
Powiedz no, karle-olbrzymie,
Skądże się wzięła, gdzie ma fundamenty
Ta wieża, z której patrzysz wniebowzięty?
Jakieś wszedł na nią? Czyż nagie wyżyny
Nie są tam po to, abyś spoglądał w doliny?

Przeł. Adolf Sowiński


Wisława Szymborska: Metafizyka

Było, minęło.
Było, więc minęło.
W nieodwracalnej zawsze kolejności,
bo taka jest reguła tej przegranej gry.
Wniosek banalny, nie wart już pisania,
gdyby nie fakt bezsporny,
fakt na wieki wieków,
na cały kosmos, jaki jest i będzie,
że coś naprawdę było,
póki nie minęło,
nawet to,
że dziś jadłeś kluski ze skwarkami

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Z podręczników filozofii. Cz. 6

O po-sokratykach

Nie mieć racji – oto cel filozofii. A może inaczej – nie mieć racji w taki sposób, by wykazać, że nie ma jej również mój przeciwnik. Absolutny sens, wszystko wyjaśniająca teoria, ostateczna pewność, oczywista prawda utwierdzają tylko panowanie ducha w świecie a filozofia ma przecież dotyczyć jego rozkładu. Można naturalnie milczeć, ale jeszcze lepiej jest nie mieć racji.
Adorno pisze:Znałem kogoś, kto po kolei zapraszał do siebie wszystkie znakomitości teorii poznania, nauk przyrodniczych i humanistyki, z każdym z osobna dyskutował swój system i kiedy już nikt nie ważył się wysunąć żadnego argumentu przeciw jego formalizmowi, zakonkludował, że oto system potwierdził swą wartość. Coś z takiej naiwności zaznacza się wszędzie, gdzie filozofia choćby z daleka przypomina gest przekonywania. Gest ten zakłada jakąś universitas literarum, aprioryczne porozumienie duchów, które mogą się ze sobą komunikować, a tym samym zakłada już cały konformizm”.

T.W. ADORNO

Do poczytania: T.W. Adorno:
Minima moralia. Refleksje z poharatanego życia. Przeł. M. Łukasiewicz. Wyd. Literackie. Kraków 1999.

niedziela, 12 kwietnia 2015

Z podręczników filozofii. Cz. 5

O przewagach filozofa nad poetą pisał Platon. Są też odmienne opinie. O przewadze baranka nad pająkiem filozof Artur Schopenhauer pisze tak:  „Inna wielka przewaga osiągnięć poetyckich nad filozoficznymi polega na tym, że dzieła poetów mogą istnieć obok siebie i nie przeszkadzają sobie. Co więcej, jeden i ten sam duch może się nimi rozkoszować i cenić najrozmaitsze z nich. Tymczasem system filozoficzny, gdy tylko przyjdzie na świat, zaraz dąży do zguby wszystkich swych braci, jak sułtan azjatycki występujący na tron. Albowiem tak jak w ulu może być tylko jednak królowa, tak tylko jedna filozofia na porządku dziennym. Systemy mają, mianowicie, naturę tak nietowarzyską jak pająki, z których każdy siedzi osobno w swojej sieci i wypatruje, ile much się w niej uwikła, a do innego pająka zbliża się tylko po to, by z nimi walczyć. A więc podczas gdy dzieła poetów jak baranki pasą się zgodnie obok siebie, dzieła filozoficzne są urodzonymi drapieżnikami”.*


* A. Schopenhauer: W poszukiwaniu mądrości życia. Parerga i paralipomena. Drobne pisma filozoficzne. T.2. Przeł. J. Garewicz. Kęty 2004, s, 37.

piątek, 3 kwietnia 2015

Filozof -maszyna

Jean Tinguely (1925-1991), szwajcarski artysta (znany głównie we Francji, bo w Szwajcarii znani są jedynie narciarze),  to wybitny przedstawiciel nowego realizmu oraz jeden z twórców tak zwanej sztuki kinetycznej. Dla niewyrobionych odbiorców sztuki jego działalność przypominała zbieranie złomu, z którego następnie artysta zmyślnie komponował dzieło, by wreszcie za pomocą różnych silniczków, powietrza, itp. wprawić całą konstrukcję w ruch. Dzieciaki w muzeach mają teraz fajną zabawę, czego sam byłem świadkiem. Dla wyrobionych z kolei odbiorców sztuki była to gra wyobraźni ze zmiennością i ruchem. Takie metafizyczne wiatraki. 



Ale wróćmy do złomu. Nie ma bowiem większego złomowiska niż historia filozofii. Nie może zatem nas dziwić, że Tinguely "stworzył" także filozofów. I to niezłą gromadkę, między innymi Rousseau, Engelsa, Nietzschego czy Bergsona. Ponieważ wielkie dzieła mówią same za siebie, również i ja powstrzymam się z komentarzem. Powtórzę tylko za Arystotelesem, że ruch jest naczelną zasadą życia. Schopenhauer zaś twierdził, że żadna wielka idea nie może powstać, kiedy człowiek siedzi. Może co prawda stać, ale najlepiej jeżeli będzie się poruszał. Czy będzie to robił za pomocą swych nóg czy za pomocą silniczków, to już kwestia drugorzędna.

Wittgenstein

Heidegger



środa, 18 lutego 2015

Selma putuje na fakultet

Przy okazji rozpoczęcia nowego semestru akademickiego przypomniała mi się pewna piosenka. Historia jest smutna. Ona – Selma, jedzie na studia. On – nie jedzie. Nie wiadomo z jakich powodów. Były to (normalne) czasy, kiedy nie wszyscy jeszcze studiowali. Pomaga jej zanieść walizkę na dworzec. Jest to ostatnia chwila, by wyznać jej miłość. Nie wyznaje. Z jego ust wydobywa się tylko "Cześć, Selmo, proszę cię, nie wychylaj się przez okno". Niewiele. Selma pojechała. On pozostał. Były to czasy, kiedy nie można było wysłać smsa i naprawić straconą szansę. I tak nie miał szans, gdyż Selma nie pojechała na wakacje, obóz harcerski, do pracy za granicą, lecz wyjechała na uniwersytet. A jak wiadomo nauka i cnota rzadko idą w parze.

On - Vlado Dijak
Tekst napisał poeta Vlado Dijak, muzyka jest dziełem Gorana Bregovica. "Selma" Białego guzika nadal brzmi świetnie.