poniedziałek, 27 października 2014

Atletyka jako sztuka

O tym, że prawda ujawnia się tylko w tym, co niezmienne i stałe nauczyli nas już Grecy. Gruby będzie dobrze pchał kulą, chudy zawsze będzie szybszy, długoręki z kolei najlepiej z nich będzie boksował. Zeitgeist geistem, lecz – choć nie ma już walk ze zwierzętami, ani biegu w zbroi dokoła stadionu ­– to jednak prazasada, zgodnie z którą niedźwiedź jest silny, a tygrys zwinny, obowiązywać będzie na wieki. To samo odnosi się do sławy: o bokserze Glaukosie czy pankratyście Arrichonie śpiewano pieśni niczym dziś o Małyszu. Niestety, wszystko ma też i ciemną stronę, której dziejowość wymierza inną cenę i walutę. Filostratos pisze: „Jedni sprzedają swoją sławę, gdyż, jak sądzę, mają wielkie potrzeby, drudzy ją kupują, by nie odnosić zwycięstw z trudem, bo wolą pędzić przyjemne życie. [...] Pewien chłopiec zwyciężył w zapasach na Istmie po tym, jak obiecał swemu przeciwnikowi, że kupi od niego to zwycięstwo za trzy tysiące drachm” (s. 64).

Amfora panatenajska

Do poczytania:
Flawiusz Filostratos: O atletyce. Przeł. Marian Szarmach. Wrocław 2013.

poniedziałek, 8 września 2014

Na skrzyżowaniu dróg (Hegel)


Tuż obok słynnej berlińskiej alei Unter den Linden natrafić można takie oto popiersie Hegla:


 


 
Mały rzut oka po okolicznych oznakowaniach i okazuje się, że tej wybitnej postaci niemieckiej filozofii poświęcony został plac, na którym owo popiersie się znajduje:



Niestety trudno nazwać tę okolicę wyjątkowo reprezentacyjną, przede wszystkim ze względu na okoliczne kramy i ogólny chaos tam panujący, choć trzeba pamiętać, że wciąż jesteśmy w ścisłym centrum Berlina.



piątek, 29 sierpnia 2014

Nigeryjka

Nie czytałam jeszcze książki Amerykaana, ale na pewno niebawem po nią sięgnę. Proza Chimamandy Ngozi Adichie jest bowiem moim osobistym odkryciem literackim tego lata. Przejmująca, miejscami ironiczna, umiejętnie budująca napięcie.
O sile prozy Adichie stanowią między innymi mocno zarysowane postaci kobiece. W mocnym debiucie, zatytułowanym Fioletowy hibiskus, jest to między innymi narratorka – 15-latka, córka szanowanego w okolicy radykalnego chrześcijanina, terroryzującego psychicznie i fizycznie swoją rodzinę. W tej samej książce postacią silną i tragiczną jednocześnie jest matka narratorki, a także jej szwagierka – wykładowczyni na Uniwersytecie Nigeryjskim, która pokazuje dzieciom tyrana możliwość innego życia, wspiera także w trudnych chwilach żonę swego despotycznego brata. Z kolei w Połówce żółtego słońca głównymi postaciami są dwie siostry, wprawdzie bliźniaczki, jednak zupełnie do siebie niepodobne – ani z wyglądu, ani z usposobienia. Ich złożone relacje i losy pokazane są najpierw na tle dobrobytu wyższych sfer Nigerii sprzed wojny domowej 1967–1970, a następnie trudów lat wojennych. Natomiast w opowiadaniach To coś na twojej szyi znajdziemy cały szereg ciekawych kobiecych postaci, najczęściej emigrantek mieszkających w USA.
Adichie pisze przede wszystkim o ludziach i sprawach swojego kraju. Najbardziej przejmująca jest powieść Połówka żółtego słońca, której akcja toczy się w czasie okrutnej wojny domowej, w trakcie której proklamowana została Republika Biafry. Powstanie republiki (na której fladze umieszczono tytułową połówkę żółtego słońca) poprzedziło obalenie rządu Nigerii i masakry ludności Ibo. To kontekst, w który Adichie wpisuje losy swych bohaterów – wspomnianych już sióstr, zafascynowanego kulturą Ibo młodego Brytyjczyka, rozpolitykowanego pracownika naukowego uniwersytetu w Nsucce czy trzynastoletniego chłopaka, pracującego u owego naukowca. Książka jest swoistym hołdem – dla ofiar wojny, ale także tych, którzy ją przeżyli i pamiętają, tak jak rodzice Adichie.
 
 
Chimamanda Ngozi Adichie, Fioletowy hibiskus, tłum. Jan Kraśko, wyd. Amber, Poznań 2004.
Chimamanda Ngozi Adichie, Połówka żółtego słońca, tłum. Witold Kuryluk, wyd. Sonia Draga, Katowice 2009.
Chimamanda Ngozi Adichie, To coś na twojej szyi, tłum. Katarzyna Petecka-Jurek, wyd. Zysk i S-ka, Poznań 2011.

poniedziałek, 5 maja 2014

Każdy, kto miał serce

„Piosenka nigdy nie przychodzi do mnie w pełni uformowana, w oślepiającym błysku natchnienia. Moja metoda pracy to dłubanie. Majstrowanie. Jeśli melodia wpada mi zbyt łatwo do głowy, uznaję, że nie jest zbyt dobra, wywracam ją na nice, przyglądam się jej w środku nocy. Piosenka jest krótką formą i wszystko w niej ma znaczenie. W trwającym czterdzieści pięć minut utworze może ci ujść sucho nawet morderstwo. Ale nie w trzyipółminutowej piosence”.

Burt Bacharach to geniusz. Napisał chyba ze sto hitów, które wciąż są za takie uznawane. Z pisaniem książek nie idzie mu już tak dobrze, czego przykładem jest jego autobiografia, która niedawno ukazała się w Polsce. Książka nosi tytuł jednego z jego wielkich przebojów Krople deszczu padają mi na głowę. Oryginalnym tytułem jest inna – ponoć w Polsce mniej znana piosenka  Anyone Who Had a Heart. Stateczny Pan opowiada głównie o swym wykształceniu muzycznym, perfekcjonizmie, doprowadzającym muzyków z nim pracujących do szału, o kobietach (miał cztery żony), o koncertach z Marleną Dietrich, o tragicznym życiu jego córki Nikki (popełniła samobójstwo), o fascynacji wyścigami konnymi, o współpracy i rozstaniu ze swym znakomitym tekściarzem Halem Davidem. Nie można powiedzieć, by książka wciągała, pewnie zadowoli jedynie fanów Bacharacha. Napięcie wprowadzają przede wszystkim wypowiedzi innych osób, które czasem stawiają mistrza w złym świetle – zwłaszcza w kwestiach rodzinnych. Choć w sumie interesujący z niego gość, no i geniusz.   

Dla młodziaków, którzy nie za bardzo ogarniają o kim mowa (co jest szczerze mówiąc: obciachem), przedstawiam wypowiedź człowieka, którego może znają. Noel Gallagher rzecze: „Gdybym potrafił napisać piosenkę w połowie tak dobrą jak This Guy’s in Love with You czy Anyone Who Had a Heart, umarłbym szczęśliwy”. I jeszcze raz bądźmy szczerzy: nie potrafi.

I coś do posłuchania, z setki hitów, wybieram coś mniej znanego, fantastyczna muzyka z fantastycznego filmu:



Do poczytania:
Burt Bacharach: Krople deszczu padają mi na głowę. Autobiografia. Przeł. Andrzej Szulc. Warszawa 2014.



niedziela, 13 kwietnia 2014

Daniel Stein, tłumacz


Ostatnio, w nawale obowiązków, trochę podupadł nasz zapał do blogowania. Gdy jednak trafi się na tak ciekawą książkę, jak Daniel Stein, tłumacz, nie sposób nie podjąć próby podzielenia się swoimi wrażeniami z lektury.
Interesująca jest już strona formalna książki Ludmiły Ulickiej: składa się ona między innymi z listów, fragmentów dzienników i notatek, z raportów rozmaitych służb, ze spisanych nagrań rozmów. Z tych okruchów czytelnik sam musi skleić opowieść, przekazaną przez wiele głosów i świadectw. Nie jest to reportaż, choć opowiedziana przez Ulicką historia ma swe źródło w prawdziwych wydarzeniach. Naprawdę istniał także Daniel Stein – główny bohater książki (choć nosił inne nazwisko).
Zróżnicowanej formie towarzyszy bogata treść. Miejsca akcji to między innymi Polska, Rosja, Stany Zjednoczone i Izrael. Czas akcji obejmuje lata od okresu sprzed drugiej wojny światowej do współczesności. Głównym bohaterem książki jest Daniel Stein – niezwykła postać, znający wiele języków Żyd, który podczas wojny pracował jako tłumacz gestapo, dzięki czemu  uratował trzystu mieszkańców getta. W czasie wojny przyjął chrzest, pierwsze lata powojenne spędził w krakowskim klasztorze, później wyjechał do Izraela, gdzie jako katolicki ksiądz pełnił prawdziwie ekumeniczną i społeczną działalność.
Stein jest głównym, ale nie jedynym bohaterem książki. Na jej stronach splatają się bowiem losy wielu osób, wielu osobistych historii i – co, jak zwiastuje powyższy opis postaci Steina, jest w tej książce znaczące – wiele różnych religijnych dróg i wyborów.
Autorka książki nie pozostaje przezroczystym medium. Każda z części kończy się jej listem do wydawczyni. I tak dowiadujemy się o osobistym podejściu autorki do opisywanych bohaterów i zdarzeń, o wątpliwościach, jakie miała podczas pisania, a także o tym, czemu podejmując się pisania o Steinie, zrezygnowała z formy reportażu na rzecz fikcji.
Ulicka pisze także o trudnościach, z jakimi musiała się zmierzyć, pisząc tę książkę. Z pewnością było ich wiele – jest to bowiem wielkie przedsięwzięcie. Z całą pewnością można jednak także powiedzieć, że to przedsięwzięcie bardzo udane: wciągająca, głęboka, erudycyjna powieść, która pozostaje na długo w pamięci.
 
 
Ludmiła Ulicka: Daniel Stein, tłumacz, tłum. Jerzy Redlich, Wydawnictwo Świat Książki, Warszawa 2007.

czwartek, 3 kwietnia 2014

Sokrat, Platten i Ariston

Dziś z cyklu: przy literaturze o filozofii, fragment książki Lwiątko mojego ulubionego czeskiego pisarza. I choć cytat ów jest świadectwem czasów dawno minionych, o czym świadczy wspomniany w nim towarzysz, to jednak wciąż posiada on swą aktualność – co czytelnicy bloga „Od Wittgensteina do Gadamera” szybko uchwycą.    
„Nazajutrz, na szkoleniu dla redaktorów w klubie wydawnictwa, jakiś lektor mówił o starogreckich filozofach imieniem Sokrat, Platten i Ariston. O Sokracie dowiedzieliśmy się, że nic nie wiedział, Platten spędził część życia w jakiejś jaskini, gdzie rzucał cienie na ściany, a Ariston umarł na wrzody żołądka. […] instruktor przeszedł do jeszcze bardziej interesującego poprzednika Arisotna – Herkulesa, głoszącego, że wszystko płynie, co potem dokładniej sformułował towarzysz Stalin w pracy O materializmie dialektycznym i historycznym.”*


Josef Škvorecký 


*Josef Škvorecký Josef: Lwiątko. Przeł. Emilia Witwicka. PIW. Warszawa 1992, s. 291.

czwartek, 20 lutego 2014

Złotowłosa

Pewnie każdy słyszał o londyńskim zespole Pink Floyd. Nie wiem, czy jeszcze występują, ale mam nadzieję, że nie. Przypomnę tylko, że na początku kariery (przełom lat 60/70 ubiegłego wieku) kierował nimi psychodeliczny Syd Barrett. Następną dekadę rządził wizjoner artystycznego rocka Roger Waters. Po jego odejściu nastąpiła ostatnia era, nudziarza Davida Glimoura. Ale nie o sekciarstwie tu mowa. Chłopcy byli nieźle wykształceni i sporo czytali (choć implikacja jest raczej odwrotna: sporo czytali, dlatego udało do czegoś dojść), czego "echa" można znaleźć zarówno w wielu utworach Pink Floyd, jak i w autorskich projektach muzyków. I tak, na pierwszym solowym albumie Syda Barretta "The Madcap Laughs" znajduje się utwór Golden Hair. Autorem tekstu jest sam James Joyce, znany z tego, że czasem pisał kawałki do pośpiewania przy kuflu. Barrett wykorzystał wiersz z wczesnego okresu irlandzkiego pisarza, do którego zresztą sam Joyce odnosił się bardzo krytycznie. Wiersz jest miłosny, czyli smutny. Barrett też nie należał do wesołków i tak powstało dwuminutowe psychodeliczne cudeńko. 


James Joyce: Muzyka kameralna

V

Złotowłosa, wyjrzyj
Z okienka.
Słyszę, jak brzmi twoja
Piosenka.

Książki mej już czytać.
Nie mogę.
Pada ognia blask na
Podłogę.

Więc zamykam książkę
I pokój;
Wyjdę, by cię szukać
Wśród mroku

Śpiewaj, niech rozbrzmiewa
Piosenka.
Złotowłosa, wyjrzyj.
Z okienka.

Przeł. Maciej Słomczyński

 
Syd Barrett


Do posłuchania:
Syd Barett: The Madcap Laughs (1970)
Po poczytania:
James Joyce: Muzyka kameralna (różne wydania)


niedziela, 9 lutego 2014

Kto się boi Immanuela Kanta? Część czternasta

Dziś krótko, ale jak to ma często miejsce w przypadku Kant, przenikliwie i trafnie. Nasz bohater zastanawia się mianowicie nad pytaniem: czym jest pieniądz? I cóż odpowiada: "Otóż pieniądz to taka o s o b l i w a rzecz, której użycie możliwe jest tylko w taki sposób, że się jej pozbywamy..."*.  I co? Po raz kolejny musimy przyznać racje myślicielowi z Królewca.

*I. Kant: Metafizyka moralności. Przeł. Ewa Nowak. Warszawa 2005, s. 122.

piątek, 24 stycznia 2014

Z podręczników filozofii. Cz. 4.

Można by wprawdzie dyskutować, czy książka, której fragment poniżej przytoczę, to podręcznik filozofii. Raczej pozycja z szeroko rozumianej współczesnej humanistyki – chodzi bowiem o Freudowską Psychopatologię życia codziennego.

W pierwszej części rozprawy, Freud wyjaśnia, jakie nieświadome procesy są odpowiedzialne za zapominanie – nazwisk, słów, faktów. Sprawa ciekawa, wszak zapominanie staje się – częściej lub rzadziej – udziałem każdego z nas. Dodatkowym walorem książki jest wielość przytaczanych przez Freuda przykładów „z życia” – zarówno jego samego, jak i osób, które podzieliły się z nim różnymi doświadczeniami związanymi z zapominaniem.

A oto jeden z przytoczonych przykładów zrelacjonowanych przez Freuda:

„Kiedy zdawałem egzamin z filozofii jako przedmiotu ubocznego, spytał mnie egzaminator o naukę Epikura, a dalej, czy wiem, kto ponownie podjął tę naukę w późniejszych stuleciach. Powiedziałem mu nazwisko Piotra Gassendi, którego właśnie dwa dni temu w pewnej kawiarni wymieniono jako ucznia Epikura. Na pełne zdziwienia pytanie, skąd mam te wiadomości, odpowiedziałem śmiało, że się już od dawna Gassendim interesuję. Z tego wyniknęło magna cum laude na świadectwie, ale też, niestety później uporczywa skłonność do zapominania nazwiska Gassendi. Sądzę, iż moje nieczyste sumienie jest temu winne, że nie mogę zapamiętać tego nazwiska mimo wszelkich usiłowań. Wszak i wtedy nie powinienem był tego wiedzieć”.

Ech. Cóż pozostaje? Chyba jedynie westchnąć nad egzaminacyjnymi skrupułami studentów minionych epok…

Sprawca wyrzutów sumienia - Piotr Gassendi



Interpretator owych wyrzutów - Zygmunt Freud



Cytat pochodzi z książki: Sigmund Freud, Psychopatologia życia codziennego. Marzenia senne, tłum. Ludwik Jenkels, Helena Ivanka, Włodzimierz Szewczuk, Polskie Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1987.