sobota, 16 listopada 2013

Kto się boi Immanuela Kanta? Część trzynasta

„Nie ma chyba w świecie dziwniejszego tworu niż książki. Drukowane przez ludzi, którzy ich nie rozumieją, sprzedawane przez ludzi, którzy ich nie rozumieją, oprawiane, recenzowane i czytane przez ludzi, którzy ich nie rozumieją, a wreszcie i przez ludzi, którzy ich nie rozumieją, pisane”.  Cytat ten, pochodzący od fizyka, matematyka a nade wszystko aforysty niemieckiego, Georga Christopha Lichtenberga (1742-1799), nie tyczy się rzecz jasna Immanuela Kanta i jego czytelników. Choć i w tym przypadku dostrzegł on pewne trudności:

Lichtenberg leci starą śpiewką (choć był on jednym z pierwszych czytelników Kanta). Przed przystąpieniem do czytania trzeba już znać Kanta lub przynajmniej posiadać wyrobioną opinię o jego teorii. Potem mamy do wyboru: albo przyznać rację Kantowi, ponieważ nic z niego nie zrozumieliśmy, albo z zadowoleniem stwierdzić, że pojęliśmy całość - a zatem Kant na pewno ma rację. Choć istnieje jeszcze trzecia możliwość. Coś tam kapuję, kolega lub koleżanka zaś stanowczo uznają, że filozofia Kant nie ma już przed nimi tajemnic. Nie pozostaje nam zatem nic innego, jak tylko przystąpić do grupy jego wyznawców. No cóż, kwestie, o których traktują książki pana Kanta, są co prawda bardzo interesujące, ale nie każdy może to przecież wiedzieć.

Lichtenberg ponadto stwierdza, że Kanta można nauczyć się tylko za młodu. Człowiek stary, tak jak nie może już nauczyć się pływać ani chodzić po linie, tak i niezrozumiałe pozostaną dla niego stronice "Krytyki czystego rozumu". Nie dowiadujemy się jednak, jaki "graniczny wiek" wyznacza opuszczenie mundus intelligibilis. 

G.C. Lichtenberg

Do poczytania:
G.C. Lichtenberg: Pochwała wątpienia. Bruliony i inne pisma. Wybór, przekład i przypisy Tadeusz Zatorski. Wyd. słowo/obraz/terytorium. Gdańsk 2005



piątek, 8 listopada 2013

O pocieszeniu, jakie daje jazda na rowerze

Z siodełka roweru świat wygląda inaczej. Przeważnie lepiej, no chyba, że musisz przebijać się przez tłum nerwowych ludzi lub słuchać krzyków jeszcze bardziej wnerwionych kierowców. David Byrne na swoim blogu od wielu lat próbuje przekonać nas do kultury rowerowej. Bo przejażdżki rowerowe mogą dostarczyć nie tylko ekonomicznego i zdrowotnego zadowolenia, lecz nade wszystko mają wymiar egzystencjalny i poznawczy.  

I tak, podróżujemy z Byrnem po Nowym  Jorku, San Francisco, Detroit, po amerykańskiej prowincji, Berlinie, Stambule, Buenos Aires, po Manili, Sydney czy Londynie. Jako że jest to człowiek znany i szanowany, pozwalają mu wszędzie ze sobą zabrać rower. Kiedy tylko nadarzy się okazja, wymyka się z hotelu na przejażdżkę. A tam czeka wiele niespodzianek.



Odwiedzamy muzea, kluby, kawiarnie, oglądamy freski Maxo Vanki, sztukę Otto Muehla, śledzimy historię Imeldy Marcos, słuchamy brazylijskich muzyków, przeżywamy australijską przyrodę itd. Czasem  rower zostaje w hotelu, lecz dzienniki nie są przez to mniej interesujące. A to dlatego, że Byrne potrafi obserwować i opowiadać. Robi to z humorem i dystansem, który dają mu zapewne niewygodne siodełko i obciachowy kask na głowie, na które zamienił wygodną limuzynę z ciemnymi szybami.
                                                                                                     
Oczywiście, nie mogło zabraknąć muzycznych refleksji. Byrne, o czym zresztą zaświadcza cały jego dorobek, potrafi słuchać. Mamy w książce również kilka politycznych kwestii. Jak wiadomo dobra polityka sprawia, że i rowerzystom jest łatwiej. Byrne od lat dąży to tego, by po jego ukochanym Nowym Jorku (betonowy moloch z kawałkiem parku) jeździło się trochę łatwiej. Bo z siodełka roweru świat wygląda inaczej. Ciekawej. I nie wolno zapominać o kasku.

Do poczytania:
David Byrne: Dzienniki rowerowe. Przeł. M. Molzan-Małkowska. Warszawa: Wydawnictwo WAB, 2011.

środa, 30 października 2013

Ciemność magiczna

Najnowsza książka Joanny Bator, uhonorowana w mijającym miesiącu nagrodą Nike, nie daje się łatwo zaszufladkować. Nie jest ani kryminałem, ani thrillerem, ani baśnią, ani satyrą. A właściwie jest po trochu nimi wszystkimi na raz – Autorka łączy bowiem wymienione konwencje w całość. Zaznaczmy od razu: w całość interesującą i wciągającą.

Główny temat książki – molestowanie seksualne dzieci – został odniesiony do różnych momentów historycznych i wielu sytuacji. Doświadczanie przemocy w dzieciństwie (często wyparte z psychiki na całe lata) okazuje się bowiem być udziałem wielu spośród bohaterów książki. Ten temat to „ciemno, prawie noc”. Musi wiązać się ze smutkiem, przerażeniem, bezsilnością. I tak, wiąże się z nimi. Uczucia te stają się udziałem wykorzystywanych dzieci, świadków ich cierpień, a także tych, którzy o przemocy wobec dzieci dowiedzieli się po latach.

Na szczęście Bator nie grzęźnie w coraz to czarniejszy odcień czerni. Dla równowagi, na stronach książki rysuje wyrazistych, sympatycznych a bywa, że i zabawnych bohaterów. Wspomnijmy kilkoro z nich: główną bohaterkę – dziennikarkę Alicję Tabor, która po piętnastu latach nieobecności wraca do rodzinnego Wałbrzycha, by napisać reportaż o zaginionych tam niedawno dzieciach; Ewę – nieżyjącą siostrę Alicji, dziewczynę pełną fantazji, marzeń i troski o młodszą siostrę, którą poznajemy dzięki wspomnieniom, rozmowom i pewnemu listowi; Alberta Kukułkę, bliskiego Alicji przyjaciela jej nieżyjącego ojca; ekscentryczną bibliotekarkę Celestynę, która okazuje się być dawnym szkolnym kolegą reporterki; sprytną babcię-karmicielkę zaginionego chłopca; kociary – dziwne kobiety mieszkające w okolicy, opiekunki bezpańskich kotów i tych, „których nikt nie kocha”.

Na stronach „Ciemno, prawie noc” nie brakuje też przełożonych na język literackiej (w tym wypadku – satyrycznej) fikcji, scen znanych dobrze obserwatorom polskiej rzeczywistości medialnej. Mam tu na myśli spory (i bitwy!) zwolenników i przeciwników samozwańczych wałbrzyskich proroków* czy też długie (moim zdaniem zbyt długie) passusy oddające rzeczywistość forum internetowego, którego użytkownicy komentują lokalne wydarzenia. Sceny to przygnębiające, ale jednocześnie odrywające od przygnębiającej czerni głównego tematu.

Przede wszystkim jednak trzeba wspomnieć o magicznym wymiarze wałbrzyskiego świata á la Bator. Kociary, dziwne zbiegi okoliczności, wciąż powracające opowieści o księżnej Daisy von Pless, mieszkającej swego czasu w zamku Książ, pewien mężczyzna, który – jak się w końcu okazuje – zza grobu pomaga głównej bohaterce uporać się z jej trudną przeszłością. Magiczny wymiar książki pozwala  zrównoważyć ciężar gatunkowy podjętego tematu. Tak jak – być może? – dzieciom, których nikt nie kocha, baśnie pozwalają przetrwać w ciemności.

Joanna Bator, Ciemno, prawie noc, Wyd. W.A.B., Warszawa 2012.


* Walczą o ideę pomnika Matki Boskiej Bolesnej – zupełnie jakby chodziło o pewien najbardziej chyba znany w Polsce ostatnimi czasy krzyż...

sobota, 5 października 2013

Głowacki o Kosińskim

Tytuł posta jest mylący, bo oczywiście NIE JEST TO  książka Głowackiego o Kosińskim. Good night, Dżerzi, to książka Głowackiego o niejakim Dżanusie, który na zlecenie Klausa (niemieckiego producenta, za którego zamówieniem kryją się osobiste pobudki) pisze scenariusz o Dżerzim – czyli Kosińskim.

Mamy tu zatem kilka warstw czasowych a także kilkoro narratorów – przeplatających się w tej porwanej nieco opowieści. Dżerzi jako mały chłopiec – w Sandomierzu, a także w małej wiosce, w której ukrywa się przed nazistami; Dżerzi jako słynny pisarz, nowojorczyk o specyficznych upodobaniach seksualnych; Dżerzi jako wielki mistyfikator, wokół którego zaciska się pętla oskarżeń. Dżanus wspominający swe pierwsze emigracyjne lata; Dżanus spotykający się z producentami, z polskimi aktorami pracującymi w NY jako kelnerzy, z reżyserami. Klaus i jego żona Masza, gdy poznają Dżerziego w Nowym Jorku; Dżerzi, gdy wbrew początkowemu oporowi Maszy coraz mocniej wciąga ją w swój świat.

Książka składa się z wielu obrazów – a skoro ma być sprawozdaniem z pisania scenariusza filmowego, wobec tego powiedzmy: z wielu scen – które nie składają się jednak w spójną historię. Jak bowiem pewnym momencie wyznaje Dżanus – „[...] owszem, piszę, ale nie jestem pewien kolejności tych scen, mam kłopoty z zaplanowaniem, bo zaplanować to znaczy zrozumieć, a z tym też mam kłopoty”. Tym chyba jednak nie powinniśmy się przejmować, uznając to, co mówi jeden z bohaterów książki: im dalej od prawdy, tym bliżej do Dżerziego.
Good night, Dżerzi czyta się świetnie, jak to książkę Głowackiego: ironia, wnikliwe obserwacje, czarny humor, trochę melancholii. Samo życie.


Janusz Głowacki: Good night, Dżerzi, wyd. Świat Książki, Warszawa 2010.

środa, 14 sierpnia 2013

Na skrzyżowaniu dróg (Jan Patočka)

Czeski filozof Jan Patočka zmarł w niedzielę 13 marca 1977. Jako przedstawiciel filozofii burżuazyjnej nie miał łatwego życia. Odsunięty z katedry, objęty zakazem publikowania, miał liczne trudności z wyjazdami zagranicznymi itd. Od stycznia 1977 roku, kiedy to obok Václava Havla i Jiřego Hájka jego nazwisko uwiarygodniło Kartę 77, stał się oficjalnym wrogiem komunistycznej Czechosłowacji. Rozpoczęła się nagonka, prześladowania oraz przesłuchania. Te ostatnie – męczące, poniżające, trwające nieraz wiele godzin, pośrednio przyczyniły się do śmierci filozofa.



Uroczystość na cmentarzu w Břenovie (dzielnica Pragi, w której mieszkał Patočka) wyznaczono w środę. Aparat komunistyczny robił wszystko, by pogrzeb nie stał się manifestacją polityczną. Wielu przyjaciół filozofa, w tym znani dysydenci, zostali wczesnym rankiem aresztowani.

Obowiązywał zakaz rozwieszania nekrologów. Środki masowego przekazu przemilczały śmierć filozofa. Milicja zablokowała wszystkie drogi dojazdowe prowadzące do kościoła św. Małgorzaty w Břevnovie. W okolicach cmentarza nie dało się kupić kwiatów. Na tych, którym udało się dotrzeć na miejsce, czekała Służba Bezpieczeństwa z kamerami rejestrującymi żałobników. Zebrało się około tysiąca ludzi, którzy w milczeniu oddawali hołd filozofowi. Choć i to milczenie zostało zakłócone. Obok na stadionie, kilka minut przed rozpoczęciem ceremonii, rozpoczęły się ćwiczenia motocyklistów. Ryk silników był tak potężny, że nie było słychać głosu księdza. Do tego pojawił się helikopter, krążący przez cały czas nad cmentarzem. Władza postawiła na opresję i hałas. Uczestnicy na pamięć i milczenie, choć pewnie większość z nich myślała sobie „prawda zwycięży”.



Ruchliwa i raczej mało spacerowa ulica Jana Patočki prowadzi właśnie do klasztoru i leżącego nieopodal niego cmentarza.



poniedziałek, 15 lipca 2013

Rozczarowana Peggy Lee

„Czy wie pan, drogi panie, co to jest rozczarowanie?” (T. Mann)


W naszym cyklu przy muzyce o literaturze nadszedł wreszcie czas na Tomasza Manna. W latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku na listach przebojów (a jakże!) pojawiała się piosenka „Is That All There Is?”. Zagadkowy tytuł, ponura muzyka i nieco przygnębiający tekst sprawił, że piosenka szybko zdobyła sobie miano „egzystencjalnej”. Utwór napisał znany tandem: Jerry Leiber (tekst) oraz Mike Stoller (muzyka). Wcześniej dali się poznać jako autorzy żwawej piosenki o zapuszczonym psie, który nie może przestać wyć. W sumie zrobili kawał dobrej roboty – nie tylko dla Elvisa. Celowali w największych. Naszą piosenkę pisali z myślą o Marlenie Dietrich. Ta na (nie)szczęście odmówiła. W rezultacie piosenkę zaśpiewała (choć może to za dużo powiedziane, bo znacznie więcej tam melorecytacji) amerykańska piosenkarka i aktorka Peggy Lee (ta od „Fever”). Jak wyszło? Powiem tylko, że nikt już nie żałował, że nie zaśpiewała tego Dietrich. Ale wróćmy do Manna.

Inspiracją Leibera była bowiem nowela Manna „Rozczarowanie”. Pewnie dla wielu z was może być niespodzianką, że niemiecki pisarz w ogóle napisał coś, co nie ma pięciuset stron. A jednak. Kilkustronicowa nowela przedstawia spotkanie narratora ze starszym mężczyzną, opowiadającym o różnych epizodach swego życia. „Wyznaję, że mnie słowa tego osobliwego pana wprawiły zakłopotanie, i lękam się, że i teraz jeszcze nie będę w stanie powtórzyć ich w taki sposób, aby wzruszyły innych w tym samym stopniu, jak mnie samego owego wieczoru. Może działanie ich polegało na dziwnej otwartości, z jaką udzielił mi ich człowiek zupełnie nieznajomy”. Człowiek ów opowiedział mu o swym rozczarowaniu, które pojawiało się już w dzieciństwie, wspominał mu też o doznanym szczęściu, które również go rozczarowało...

Tekst piosenki jest oczywiście swobodną wariacją na temat tekstu Manna, ale myślę, że nawet lodowaty Adrian Leverkühn wzruszyłby się słowami śpiewanymi przez Peggy Lee.

Is that all there is, is that all there is?
If that’s all there, my friends, then let’s keep dancing
Let’s break out the booze and have a ball
If that’s all there is



Do poczytania:
Tomasz Mann: „Nowele”. Przeł. Leopold Staff (różne wydania)
Do posłuchania:
Peggy Lee: „Is that all theres is?” (1969)

czwartek, 11 lipca 2013

Filozagadka 10

Czas na kolejną filozogadkę. Dziś z cyklu miejsca filozoficzne. A pytanie brzmi: w jakim mieście leży wyspa (sic!) Rousseau? 

Aby nie była za łatwo – na zdjęciach (choć nie tylko na zdjęciach...) słabo widać wyspę.
Aby było jednak nieco łatwiej, powiem, że czasem na wyspie słychać muzykę techno.





 W nagrodę wybór tematu postu, jaki napiszemy specjalnie dla Ciebie besserwisserze. 

środa, 10 lipca 2013

Nazywam się Kotarbiński. Tadeusz Kotarbiński

Post dedykujemy zwyciężczyni ostatniej filozogadki, świeżo upieczonej doktorce – Agnieszce.

Piszę go z tym większą przyjemnością, że jestem uczniem ucznia dzisiejszego bohatera. 

Z ogromnego i bogatego dorobku Kotarbeusza (jak mawiał o nim Witkacy) wybrałem moje trzy ulubione marginalia.
Pierwszy fragment dotyczy śledzia i jego trudnego dylematu:

„Do jasnych dążąc głębin – nie mógł trafić w sedno
Śledź pewien, obdarzony naturą wybredną.
Dokądkolwiek wędrował, zawsze nadaremno:
Tu jasno, ale płytko – tam głębia, lecz ciemno”*.

Czemu wybrałem ten fragment? Sprawa jest jasna. Dylemat śledzia to wszak dylemat par excellence filozoficzny, a nawet rzec by można: definiujący istotę filozofii! Wnikliwi czytelnicy dzieł Tadzia odgadną zapewne, jakie nurty (bynajmniej nie rzeczne) mogą ukrywać się w ostatnim wersie...

 Drugi cytat jest o dobrej robocie:


„Nakazałem sobie po prostu wypełnić drobnym pismem codziennie dwie stronice formatu kancelaryjnego i od pierwszego lipca rośnie w ten sposób sterta czegoś, co trudno nazwać jakimkolwiek określonym mianem. Jakiś kompost z banałów. Wstydziłbym się, gdyby to kiedyś przeczytał. Ale brnę i chcę w ten sposób w sporządzić brulion, a dopiero na pożywce tego brulionu wyhodować potem jakiś czystopis, którego kaligrafia będzie miała za cel przesłonić mankamenty stylu, styl będzie służył do ukrycia wewnętrznego nieładu, a ład wewnętrznego będzie się starał zastąpić treść teoretyczną. Oto program! I za  cenę takiego dobra kulturalnego mam okupić spokój sumienia, którego dręczy świadomość darmozjada”**.

I choć cytat Kotarbińskiego ma swój dramatyczny kontekst (napisany w 1943 roku), to można powiedzieć, że opisaną tu procedurę zna zapewne niejeden z nas, parających się przynajmniej od czasu do czasu pisaniem... Dobra wiadomość jest taka, że przyznaje się do niej wcale zacny autor!

Trzeci wreszcie fragment – o młodzieży na manowcach i o przewadze teatru nad kinem, zapewne ku uciesze naszej laureatki.

 „Dlaczego chuligaństwo jest tak związane z kinematografią, dlaczego chuligani spotykają się koło kin, dlaczego tak lubią spędzać czas w kinie. Wszak kino pozwala zakosztować przynajmniej w wyobraźni, przynajmniej przez parę godzin jakiegoś życia innego niż życie codzienne, tchnące szarzyzną”***.

Do poczytania (czytajmy Kotarbeusza!):
* Wesołe smutki
**Hasło o dobrej robocie
***Młodzież na manowcach 

niedziela, 16 czerwca 2013

Ecce Philosophus. Jak się staje, kim się jest

Tego wyjątkowego dnia, niedługo po rozmowie z królem Umberto, Kardynał Pölätüo podjął wyjątkową, niezwykle brzemienną w skutkach decyzję.
Co tu dużo mówić. Ten dzień zadecydował o dalszym losie Kardynała Pölätüo. Tym samym – odmienił bieg dziejów filozofii, nauki. A może nawet wpłynął na losy świata.

W tak emocjonującym momencie oddajmy głos kronikarzowi niezwykłych wydarzeń, który donosi, że w tym wyjątkowym dniu, w tej wyjątkowej chwili, Kardynał przeprowadził następujące, jakże przenikliwe rozumowanie:

„Jeżeli będę pisał chociażby jedną tylko kartkę dziennie [...] w ciągu 19 lat, jakie mam przed sobą, zbierze się ich 

365
x 19
3285
365
6935
+ 5
6940.

Nawet jeśli tylko 10% tych kartek będzie miało wartość trwałą, pozostawię po sobie dzieło 694-stronicowe, ku zbudowaniu świata”.

Tak narodził się przenikliwy system pölätüomizmu, którego główne dzieło to Prolegomena do filozofii Pölätüomizmu, uzgadniające Wiedzę Bezpośrednią (istnienia Boga) z Wiedzą Pośrednią (nauką). W dziele tym Kardynał przeprowadził wiele błyskotliwych wywodów, uwzględniających najnowsze osiągnięcia nauki (należy podkreślić, że Pölätüo wiele podróżował, by przedyskutować najnowsze teorie naukowe z ich twórcami – studiujący Prolegomena odnajdą na to masę dowodów). Do historii filozofii przeszła także teza Kardynała, zatytułowana: O Rzeczywistości Duszy i o Rzeczywistości Cebuli, inspirowana pozytywizmem logicznym oraz reizmem Tadeusza Kotarbińskiego.

Zapewne niejedna praca naukowa badać będzie powiązania Pölätüomizmu ze znaczącymi teoriami naukowymi i filozoficznymi. Temat to bezdyskusyjnie wart pogłębionych studiów. Nas jednak szczególnie zaciekawił jeden punkt odniesienia, który można śmiało określić mianem inspiracji negatywnej: pozytywizm logiczny, którego uosobieniem był spotkany przez Kardynała osobiście Bertrand Russell.

Zwróćmy się znów ku naszemu kronikarzowi, relacjonującemu, że w wyniku tego spotkania i żarliwej dyskusji, która wówczas miała miejsce, Kardynał popadł w omdlenie, podczas którego doznał ekscytującej, mocno psychodelicznej wizji...

„...nazwałem cię Bertie ponieważ miałem powód aby nie chcieć wiedzieć jak mam się zwracać do ciebie którego imię mogłoby brzmieć Mefistofeles....”

„...Filozof trzy rzeczy naraz mówi siusia i fajkę pali jednocześnie równocześnie rezonując chłodno...”

...

Bezpośrednio po tej wizji powstała najsłynniejsza z teorii Kardynała – ta zgłębiająca związki między rzeczywistością duszy i rzeczywistością cebuli, którą dziś każdy student filozofii mieć musi w małym palcu.
Dzieje filozofii niezbadanym zaiste toczą się torem.

Nie dysponujemy niestety portretem niezwykłego filozofa – Kardynała Pölätüo, który zmienił bieg dziejów filozofii. Zamiast tego – portret niestrudzonego kronikarza:



Stefan Themerson


* Wszystkie cytaty pochodzą z książki: Stefan Themerson: Kardynał Pölätüo, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1971.



sobota, 8 czerwca 2013

Melancholia emigranta

Książka Josefa Škvorecký’ego Przypadki inżyniera ludzkich dusz to wyjątkowo obszerna powieść. Tym, którzy stronią od wielkich ksiąg sugeruję, by się w tym miejscu nie zniechęcali: nie waham się bowiem stwierdzić, że ta książka nie jest wielka jedynie ze względu na swą objętość. Zdecydowanie warto przedzierać się przez te przeszło osiemset stron.



Dlaczego? Otóż po pierwsze, Przypadki... są świetnie skonstruowaną powieścią. Tytuł każdego z rozdziałów to nazwisko pisarza (Poe, Faulkner, Conrad i inni), którego tekst jest przedmiotem analiz na zajęciach prowadzonych przez profesora Daniela Smirzickiego (pisarza, który wyemigrował z Czechosłowacji do Kanady i tam zajmuje się pracą akademicką). Dyskusje ze studentami pochodzącymi z różnych kultur, interpretacje wielkich powieści i motywów literackich to jedna z warstw narracyjnych. Na nią nakładają się kolejne: przede wszystkim są to skojarzenia i wspomnienia – przede wszystkim związane z przeżyciami miłosnymi Smirzickiego, ale także z jego doświadczeniami z czasów wojennych i powojennych. 
Kolejną warstwę stanowią barwne opisy postaci i sytuacji składających się na życie emigranckiego światka, przede wszystkim spotykającego się w restauracji także emigranta – niejakiego pana Mourka. Mamy tu także dopełniające całościowy obraz fabuły listy, jakie otrzymuje główny bohater.


Josef Škvorecký

Warto przeczytać Škvorecký’ego także dlatego, że stworzył przekonujące portrety bohaterów swej powieści. Między innymi wspomnianych już czeskich emigrantów (tu znajdziemy całą galerię postaci, jednak szczególnie chwyta za serce postać Veroniki – młodziutkiej, pogrążonej w melancholii za ojczystym krajem studentki Danny’ego), przyzywanej w każdym rozdziale Nadii Jirouszkovej – wielkiej miłości Smirzickiego z czasów wojny czy studentów – z których każdy niesie swój osobisty bagaż doświadczeń, wiedzy i skojarzeń.


Trzecim argumentem za Przypadkami inżyniera ludzkich dusz niech będzie język, jakim książka została napisana. Lekki, ale przenikliwy, dowcipny, ale dosadny. W ogólnym rozrachunku – przepełniony melancholią emigranckiego losu.


Josef Škvorecký


Josef Škvorecký: Przypadki inżyniera ludzkich dusz. Enterteinment ze starymi tematami życia, kobiet, losu, marzeń, klasy robotniczej, tajniaków, miłości i śmierci, tłum.Andrzej S. Jagodziński, wyd. Pogranicze, Sejny 2008.