piątek, 21 października 2011

Kto się boi Immanuela Kanta. Część trzecia

Dziś o Kancie w sosie ekspresjonistycznym. Uprzedzam, że wysmakowane to danie. Czytając wczesne opowiadania poety i lekarza (wówczas jeszcze w odwrotnej kolejności) Gottfrieda Benna, natknąłem się na frapujący fragment dotyczący Kanta. Postacią łączącą opowiadania jest lekarz Rönne, który podczas krojenia mózgów pacjentów (Benn pracował przez pewien czas w szpitalu dla prostytutek) „myślał”…

„Kant, pomyślał, pająk krzyżak, wszetecznik kpiący z obowiązujących wartości, rynek niewolników, martynikański, urzeczowień możliwych do ujęcia w schematach, drutowaty, zaplątujący wszystkie wartości rybne i ucieczkowe w więcierzach czaszek –

Kant, pomyślał, manufakturzysta od złotych podziałów, wielki zakręcacz materii, balansista w związku – przepychający się – na drogach systemowych – triumfalnych wobec kosmosu.

Kant, pomyślał, wygodna sytuacja, gabinecik uczonego, osiemnastowieczna sylwetka wycięta czarnego papieru, niebo gwiaździste nad żabotem – osiadający kontynent, rosół ze szczurzych ogonów, które sondują wrak, z głową do przodu – pobieżnie – transatlantycka”.

Przyznaję, że trudno tu o komentarz, może tylko skromnie dodam, że też mam gabinecik.

Do poczytania:
Gottfried Benn: Mózgi i inne nowele. Przeł. Sława Lisiecka. Wyd. PIW. Warszawa 2011 

środa, 19 października 2011

O urabianiu młodzieży

W literackich i filmowych obrazach szkoły, nauczyciel występuje najczęściej jako manipulant albo wyzwoliciel. Nauczyciel-manipulant to funkcjonariusz opresyjnego szkolnego systemu, wtłaczającego każdy przejaw indywidualności, jaki zauważa u nieszczęsnych dziatek, w ujednolicające je wszechaspektowo formy. Często w takim ujęciu szkoła jest metaforą systemu totalitarnego, a nauczyciel – uosobionym dyktatorem.
Tu wszystkim zapewne staje przed oczami – poniekąd słusznie – użytkownik najsłynniejszej chyba maszynki do mięsa na świecie:


Z kolei nauczyciel-wyzwoliciel – oto niemal niedościgłe uczniowskie marzenie. On to sprzeciwia się opresyjnemu systemowi, stając się prawdziwym duchowym przewodnikiem swych uczniów. Niczym John Keating z filmu Petera Weira walczy o każdą uczniowską duszyczkę i broni każdego przejawu indywidualności.


Jean Brodie nie daje się postawić ani w pierwszym ani w drugim szeregu. A może raczej: zdaje się łączyć w sobie te dwie, pozornie wykluczające się role.
Panna Brodie-wyzwolicielka sprzeciwia się metodom nauczania dominującym w edynburskiej szkole dla dziewcząt, w której pracuje i stara się być przewodniczką duchową wybranych uczennic, które zaprasza do domu i teatru. Odkrywa przed nimi świat baletu i nieznanych im wcześniej dzielnic Edynburga. Zwierza im się z przeżywanych miłosnych przygód, opowiada o podróżach i swoich fascynacjach – sztuką, kulturą, wybitnymi kobietami.
Powtarza im niemal nieustannie, że są jej powołaniem, a ona poświęca im najlepszy czas swojego życia – jego pełnię.
I tu wkracza na scenę Brodie-manipulatorka. Intrygantka, wpajająca dziewczętom ze swego „stadka” zasady, dzięki którym zyskuje ich zachwyt i lojalność na lata. Narzucająca im role, które mają odgrywać w swojej grupie. Wymuszająca spotkania i rozmowy, na które jej wychowanki nie mają ochoty.
Nie bez znaczenia jest oczywiście fakt, że powieść Muriel Spark, której bohaterką jest Jean Brodie, rozgrywa się w latach trzydziestych. Sama zaś Brodie, po kolejnych podróżach wakacyjnych wraca z coraz to większym zachwytem nad porządkiem, jaki panuje we Włoszech i w Niemczech.
I tu historia zatacza koło – bo znów docieramy do metafory totalitaryzmu – czas zatem kończyć tę krótka medytację nad ciężkim nauczycielskim losem.

Do poczytania:
Muriel Spark, Pełnia życia panny Brodie, tłum. Zofia Uhrynowska, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1972.

Do obejrzenia:
Stowarzyszenie umarłych poetów (1989, reż. Peter Weir);
Pink Floyd The Wall (1979, reż. Alan Parker).

niedziela, 16 października 2011

Animal philosophicus

 Wydaje się, że filozof powinien rozumieć przynajmniej samego siebie. Wydaje się, że filozof każdą swą tezę powinien uzasadnić.  Wydaje się, że filozofują tylko ludzie i sowy o zmierzchu. W opinii czcigodnego prof. Ptaszora w rzeczywistości (leśnej) bywa jednak inaczej. Niech zaświadczą o tym poniższe fragmenty  zaczerpnięte z Bajek Oscara Wilde’a.
 „Wcale nie mam ochoty przestać mówić tylko dlatego, że nikt mnie słucha. Lubię przysłuchiwać się sobie samej. To jedna z największych mych przyjemności. Nieraz prowadzę z sobą długie rozmowy i bywam często tak wymowna, że nie rozumiem ani jednego słowa z tego, co mówię.
- W takim razie powinna byś właściwie wykładać filozofię – rzekła ważka”.
I drugi z cytatów:
 „Co do mnie – powiedział dzięcioł, urodzony filozof – to tyle dbam o wyjaśnienie, co pies o piątą nogę. Tak jest, jak jest …”.

urodzony filozof

Do poczytania:
Oscar Wilde: Bajki. Przeł. M. Feldmanowa, E. Berberyusz, Wł. Lewik. Wyd. Polskie Towarzystwo Wyd. Książek. Warszawa 1957.

sobota, 15 października 2011

Skarb Priama

Czy wykopany przez Henryka Schliemanna na wzgórzu Hisarlik skarb, obejmujący prawie  dziewięć tysięcy przedmiotów ze złota i srebra, to rzeczywiście mityczne klejnoty trojańskiego władcy Priama?
Czy wspaniała biżuteria, puchary i misy pochodzą z obleganego przez dziewięć lat miasta, opisanego w Homeryckiej Iliadzie?
A może to tylko – jak sądzą niektórzy – falsyfikaty, sporządzone przez Schliemanna, wybitnego samouka, poliglotę, władającego osiemnastoma językami, ekscentrycznego milionera od dzieciństwa marzącego o odkryciu Troi?
Wszystkie te wątpliwości, Henryk Schliemann zbyłby pewnie krótkim „Musisz wierzyć!” (i wiązanką wielojęzycznych przekleństw). A jego żona – Zofia Schliemann – rzuciłaby zapewne groźne spojrzenie, pokazujące tym, którzy ośmielają się wątpić w odkrycia jej męża (w których brała czynny udział!) gdzie ich miejsce.

Sofidion Schliemann w klejnotach
odnalezionych  na wzgórzu Hisarlik

Do poczytania:
Irving Stone: Grecki skarb. Powieść biograficzna o Henryku i Zofii Schliemannach. Tłum. Jędrzej Polak, Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA, Warszawa 2008.

środa, 5 października 2011

O potworze-smutasie

Dziś znów o potworach. Tym razem o jednym takim płaczku, który zamieszkuje tylko lasy choinowe w Pensylwanii. Straszny z niego mruk i smutas, nic tylko płacze i płacze. Niestety, ma to dla niego przykre konsekwencje, ponieważ jest łatwym celem dla myśliwych. Ponadto, kiedy chodzi zostawia za sobą ślady - łzy. Zdarzyło się, że jakiś przygłupi farmer upolował Squonka. Kiedy jednak otworzył worek ze zdobyczą, ujrzał tam jedynie łzy i bąbelki. Profesor Ptaszor opowiadał, że słyszał kiedyś śmiech Squonka. Nikt jednak nie daje wiary słowom uczonego.

Squonk i myśliwy (fragment okładki Genesis)
Wielu fanów płakało także po odejściu Petera Gabriela z Genesis. Miałem wówczas dwa lata i raczej nie sądzę, bym wsłuchiwał się wówczas w rocka progresywnego. Wiele lat później – i to już pamiętam – podobnie było z Fishem i Marillion. Z czasem okazało się jednak, że można i bez charyzmatycznego lidera. Moim zdaniem przez chwilę było nawet dużo lepiej. Zarówno „A Trick of the Tail” (1976), jak i „Wind and Wuthering” (1976) to absolutne perełki. I właśnie na pierwszej płycie znajduje się utwór o tajemniczym tytule „Squonk”. Fajna piosenka o najnieszczęśliwszym ze wszystkich zwierząt. Dużo tych smutków więc czas kończyć. 


Do poczytania:
J.L. Borges: Księga istot zmyślonych. Przeł. Zofia Chądzyńska. Wyd. Prószyński i S-ka. Warszawa 2000 (sam autor wykorzystał książkę Williama T. Coxa Fearsome Creatures of the Lumberwoods, With a Few Desert and Mountain Beasts, 1910).


Do posłuchania:

Genesis: "A Trick of the Tail" (1976)

poniedziałek, 26 września 2011

Poeta w Todtnaubergu

„Zresztą, Bóg mi świadkiem, nie jestem żadnym pasterzem bycia” (Celan)

Bardzo lubię wiersze Paula Celana i prozę Ingeborg Bachmann. Czytając ich niezwykle ujmującą a zarazem tragiczną korespondencję, zwróciłem jednak uwagę na coś innego: sprawę Heideggera. Otóż Heidegger, jak wiadomo wybitny filozof, zaangażował się w ruch nazistowski, ponadto nigdy nie dokonał prawdziwego rachunku sumienia (poza mętnymi wyjaśnieniami). 

Bachmann napisała doktorat z filozofii Heideggera (Krytyczna recepcja filozofii egzystencjalnej Martina Heideggera, 1949). Heidegger czytał jej poezje, przede wszystkim zaś fascynowała go poezja Celana.

Paul Celan


Uczeń Heideggera Günther Neske – na życzenie swego mistrza – prosi Bachmann i Celana o wiersze do księgi pamiątkowej. Austriaczka nie wie co zrobić, gdyż trąci to kompromisem. Pisze do Celana: „…. Jego polityczne uchybienia pozostają dla mnie bezdyskusyjne, nadal też uważam, że wyrosły z jego myślenia, z jego dzieła, a zarazem zdaję sobie sprawę, bo naprawdę znam jego twórczość, z rangi i znaczenia tej twórczości, do której będę się odnosić krytycznie” (118). Urodzony w Czerniowicach autor Fugi śmierci, który stracił oboje rodziców w obozie, odpowiada: „Jestem jak wiesz pewnie ostatnim człowiekiem, który mógłby zapomnieć o mowie rektorskiej we Fryburgu i innych sprawach”, chociaż „… gotów jestem powiedzieć, że Heidegger to i owo zrozumiał” (119).

Ostatecznie odmówili Heideggerowi, mimo to Celan spotkał się z nim we Fryburgu. Potem odwiedził także słynną chatę filozofa w Szwarcwaldzie. Powstał piękny wiersz – choć raczej nie doszło między nimi do porozumienia.

Todtnauberg

Jasne płatki, pomórnik i świetlik,
łyk ze studni, tam gdzie
sześcian gwiazdy,

w tamtej
chacie,

do księgi
– czyje nazwiska zmieściła
przed moim? –
wpisany wers o
nadziei, dzisiejszej,
że słowo
myślącego
nadejdzie
w sercu,

darń leśna, nierówna,
storczyk i storczyk, osobno,
szorstkość, później, podczas jazdy,
dobitna

człowiek, co nas przewozi,
co słucha,
pośród mszaru pół-
przebyte ścieżki
nakładzione kije

wilgoć,
liczna.

Przeł. Jakub Ekier


Do poczytania:
Ingeborg Bachmann, Paul Celan: Czas serca. Listy. Przeł. Małgorzata Łukasiewicz. Wyd. a5. Kraków 2010.
Günter Grass: Moje stulecie. Przeł. Sł. Błaut. Wydawnictwo Oskar. Gdańsk 1999 (m.in. o wymyślonym spotkaniu Celana z Heideggerem). 

niedziela, 25 września 2011

Pogadaj z robotem

Wprawdzie Cleverbot, stworzony przez Rollo Carpentera, nie przeszedł testu Turinga, któremu poddano go w tym miesiącu (zabrakło mu zaledwie 4%), nie znaczy to jednak, że nie jest interesującym rozmówcą.
Sprawdziłam (fajne!) i pewnie pogadam z nim jeszcze nie raz.
http://www.cleverbot.com/

sobota, 24 września 2011

W drogę ku samej sobie

Książki można streszczać na rozmaite sposoby.
Na przykład tak: Mary Gooch, chorobliwie otyłą i nie potrafiącą zrezygnować z olbrzymich ilości jedzenia Kanadyjkę z małego miasteczka, po niemal dwudziestu pięciu latach wspólnego życia (w przeddzień srebrnego wesela) opuszcza mąż. Zostawia liścik, w którym przeprasza ją, stwierdzając, że musi przemyśleć swoje życie. Zostawia też dwadzieścia pięć tysięcy dolarów na wspólnym koncie. I niedowierzanie. Żal. Bezradność. Otrząsnąwszy się z pierwszego szoku, Mary, nigdy nie opuszczająca granic swego miasteczka, wyrusza w podróż, by odnaleźć męża.
To jedno z wielu możliwych streszczeń książki Lori Lansens Opowieść żony.
A zatem książka o Mary Gooch – kobiecie opuszczonej, szukającej, osamotnionej.


Inne streszczenie mogłoby brzmieć tak: Mary Gooch, chorobliwie otyła Kanadyjka, opuszczona przez męża, wyjeżdża by go odnaleźć. Znajduje jednak coś zupełnie innego. Odnajduje samą siebie. Dokonuje kolejnych odkryć, poznaje świat, nazywa swoje emocje, doznania, doświadczenia. Zaczyna dobrze traktować swoje ciało, które odwzajemnia się jej tym samym, zaczyna akceptować siebie i swoje życie, niezależnie od tego, co przyniesie jej przyszłość. Miejsce nałogu jedzenia zajmują w jej życiu nowe fascynacje i przyjaźnie.
A zatem Mary Gooch – kobieta zyskująca świadomość siebie, samoakceptację i siłę, wyzwalająca się z konwencji i oczekiwań otoczenia, odnajdująca w życiu i świecie sens.
Książka Lansens dotyczy także czegoś innego – opresywnego traktowania kobiet przez inne kobiety. Stereotypów, w które same nawzajem siebie wpędzamy, zamiast po prostu pozwolić, by każda żyła zgodnie ze sobą, poznając swoje potrzeby i otwierając się na to, co nowe.

Lori Lansens, Opowieść żony, tłum. Ewa Krasińska, wyd. W.A.B., Warszawa 2010.

Polecam także wywiad z dr Joanną Roszak, który ukazał się w „Wysokich Obcasach” – o presji, jaką kobiety wywierają na siebie nawzajem. Świetny! 

niedziela, 18 września 2011

Kto się boi Immanuela Kanta. Część druga

O kłopotach z Kantem ciąg dalszy. Dzisiaj o nieco dziwacznej teorii: argumentum ad cranium. Proszę sobie wyobrazić, że pisma Kanta z okresu przedkrytycznego odznaczają się niezwykłą przejrzystością i klarownością. Tymczasem czytelnik Krytyki czystego rozumu (1781) doznaje szoku. Cóż to za rachityczny styl: te zdanie, które nie mają końca. Przecież już Arystoteles w Retoryce pisał, że im dłuższa sekwencja zdań współrzędnie złożonych, tym bardziej staje się nużąca.

Co takiego stało się Kantem? Wydawałoby się, że nowa filozofia wymaga stworzenia odpowiedniego języka. Swoją drogą Kant nie chciał być Flaubertem filozofii, który Styl cenił nade wszystko, a po nim Prawdę. W filozofii przeważnie chodzi wszak o tę ostatnią. Odpowiedź znajduje się w głowie Kanta. Filozof z Królewca w latach 70. skarżył się na silne bóle głowy i utratę widzenia w lewym oku. Psycholog Jean-Christophe Marchand wysunął stąd tezę, że prawdopodobnie było to wynikiem guza mózgu w lewym płacie przedczołowym. Mamy zatem winnego, ale to nie koniec. Guz ów pojawił się bowiem w miejscu, które odpowiada za nasz system emocjonalny. Ciekawa sprawa – czyżby cała architektonika czystego rozumu, cała późniejsza racjonalistyczna droga Kanta miała być wynikiem choroby?

Do poczytania:
M. Gazzaniga: O tajemnicach ludzkiego umysłu. Biologiczne korzenie myślenia, emocji, seksualności, języka i inteligencji. Przeł. A. Szczuka. Wyd. Książka i Wiedza. Warszawa 1997.

sobota, 10 września 2011

Mężczyzna bez przeszłości

Dzisiejszy post jest pierwszym, który publikuję w związku z wyzwaniem czytelniczym, które podjęłam w tym miesiącu: Francja w literaturze. Wyzwanie podzielone jest na części tematyczne, a dzisiejszy wpis inauguruje trzecią z nich, poświęconą laureatom Nagrody Goncourt.
Rozpocznę od przyjrzenia się książce-laureatce nagrody z samego końca dwudziestego wieku, czyli  1999 roku, gdy Nagrodę Goncourt otrzymał Jean Echenoz, za powieść zatytułowaną Odchodzę.
Tytułowym odchodzącym jest około pięćdziesięcioletni paryski marszand Felix Ferrer. Ferrer jest – powiem od razu – postacią irytującą. Jest zachwyconym sobą lowelasem, zadziwionym, gdy wokół niego nie kręcą się kobiety, które traktuje przedmiotowo. Z kolei jako właściciel galerii, protekcjonalnie traktuje zarówno artystów, których prace sprzedaje, jak i kupujących je klientów.
Obok irytującego protagonisty, drugim istotnym elementem książki jest nieprawdopodobna i w sumie dość absurdalna historia, która mu się przydarza. W skrócie – i aby nie powiedzieć zbyt wiele – napiszę, że główna intryga osnuta jest wokół wyprawy, jaką Ferrer odbywa na koło polarne, po tym, jak otrzymał informacje o statku, który rozbił się tam w latach pięćdziesiątych, wioząc cenne dzieła sztuki Eskimosów. Nie bez znaczenia jest, jak okazuje się na kolejnych stronach, źródło informacji o statku. Sprawa zamienia się w kryminalną intrygę o medycznych wątkach, gdy Ferrer, w wyniku trudnego dla siebie obrotu spraw, a także ignorowania zaleceń swojego kardiologa, dostaje ataku serca.
Całą historię komentuje narrator – wszechwiedzący, ale nieobiektywny i nie mający zamiaru dzielić się całą swoją wiedzą – przynajmniej nie od razu. Narrator nierzadko wtrąca swoje komentarze na temat różnych postaci, pojawiających się w życiu Ferrera. Na przykład potwierdza atrakcyjność kobiet, które spotyka główny bohater, ironicznie komentuje też niektóre z decyzji Ferrera.
A skąd tytuł książki? Ferrera poznajemy, gdy odchodzi od żony – komunikuje jej to w pierwszym zdaniu powieści. Ale nie tylko o to chodzi. Mamy tu bowiem bohatera, który nie potrafi związać się na dłużej, który nie umie zbudować żadnej trwałej relacji – wciąż „odchodzi”, „zostawia”, „opuszcza”. To jest jego główna cecha – poszukuje, ale nawet gdy odnajdzie, nie potrafi (nie chce?) utrzymać tego, co odnalazł.
Przyznam, że książka Echenoza mnie nie wciągnęła. A nawet, że musiałam się zmuszać, by dotrzeć do końca (a ma jedynie około 150 stron). Powieść przypomina mi swoim stylem książki Houellebecqa, w których brak psychologicznego i obyczajowego tła i z których niewiele dowiadujemy się o postaciach.
Oczywiście – nie o to Houellebecqowi chodzi, nie o to chodzi też Echenozowi. Mnie jednak taka literatura nie przekonuje. Ale książkę polecam, choć przede wszystkim fanom takich powieściowych diagnoz kultury pozbawionej wyższych wartości.

Jean Echenoz, Odchodzę, tłum. Joanna Polachowska, wyd. Noir sur Blanc, Warszawa 2008.