Autor - dzieło - odbiorca. Który element jest najważniejszy w artystycznym procesie. Może wszystko jest ważne? Za Georgiem Steinerem stawiam proste pytanie: „Dlaczego właściwie G-moll miałoby być »kluczem
smutku«?. No właśnie, dlaczego? Jeżeli odpowiemy na to pytanie, to rozjaśni się również nasz estetyczny dylemat.
Do poczytania:
G. Steiner: Zerwany kontrakt. Przeł. O. Kubińska. Warszawa 1994.
Dziś filozoficzny dowód
na to, że (modowe) perpetuum mobile
jest nie tylko możliwe, ale także jak najbardziej realne:
„W dniach mego
dzieciństwa, pamiętam, widziałem ludzi małych i wielkich, którzy mieli
wszystkie końce szat pocięte we wszystkich częściach, tak od głowy, jak od stóp
i z boków; i tak piękny zdał się ów wynalazek w owym okresie, że cięto jeszcze
wymienione strzępy i noszono kaptury i trzewice i czepce w sposób podobny
pocięte, że wychodziły z głównych szwów szat, w różnych barwach.
A potem widziałem
trzewiki, berety, mieszki, broń – którą noszono dla napaści – kołnierze ubrań,
końce kaftanów od nóg, ogony szat, a nawet w końcu usta tych, którzy chcieli
być piękni, zaostrzone w długie i ostre dzioby.
W innym okresie zaczęły
róść rękawy i stały się tak wielkie, że każdy dla siebie był większy od sukni;
potem zaczęły się wznosić szaty wkoło szyi, tak, że na końcu zakryły całą
głowę; potem zaczęto ją rozdziewać do tego stopnia, że szaty nie mogły się
utrzymać na ramionach, bo na nich nie leżały.
Potem szaty zaczęły się
tak przedłużać, że ludzie mieli ustawicznie ramiona obarczone sukniami, by ich
nie deptać nogami; potem doszły do takiej krańcowości, że odziewały tylko do
biódr i do łokci, a były tak ciasne, że cierpiano z powodu nich wielkie męki, a
wielu ginęło pod niemi; a stopy były tak ściśnięte, że palce kładły się jeden
na drugim i obciążały nagniotkami”.
Ten jakże radosny opis pochodu trendów rodem z renesansowych Włoch, pochodzi z książki:
Leonardo da Vinci: Pisma wybrane. Wybór, układ, przekład i
wstęp Leopolda Staffa. Tom I. Warszawa–Kraków 1930.
Walijskiego muzyka Greena Gartside'a, lidera założonego w 1977 roku zespołu Scritti
Politti, z pewnością można zaliczyć do grona najbardziej oczytanych muzyków. A że muzyka to nie
sport, to konkurencja nie odstaje.
Na pierwszym albumie "Song of Remember" (1982) znalazł się utwór
pod tytułem Jacques Derrida. Myślę, że piosenka wciąż dobrze brzmi. Ale liczą się także słowa. Nie będę dokonywał dekonstrukcji tekstu (patrz niżej),
powiem jednak o czymś innym.
Proszę sobie wyobrazić, że słynny (być może także i Cardiff) filozof
Jacques Derrida spotkał się z muzykiem. W paryskiej kawiarni porozmawiali sobie
między innymi o ekspresji w muzyce. Derrida powiedział, że to, co robi Walijczyk
jest częścią tego samego projektu zniszczenia. Jest to ten sam dekonstrukcyjny
nastrój – choć w muzyce przejawia się on inaczej. To, co niepokojące zawsze
stanowiło doświadczenie dla popu. I tak oto muzyka pop wstąpiła na
pierwszy front w walce przeciw logocentryzmowi.
Może zastanawia Państwa dziwna nazwa zespołu. I tu jeszcze raz znajdujemy
potwierdzenie oczytania Greena Gartside’a.
Oto fragment tekstu:
I'm in love with the bossanova
He's the one with the cashanova
I'm in love with
his heart of steel
I'm in love
I'm in love with
the bossanova
He's the one with
the cashanova
I'm in love with
his heart of steel
I'm in love
How come no-one
ever told me
Who I'm working
for
Down among the
rich men baby
And the poor
Here comes love
for ever
And its here comes
love for no-one
Oh here comes love
for Marilyn
And it's oh my
baby oh-oh my baby
What you gonna do?
In the reason - in
the rain
Still support the
revolution
I want it I want
it I want that too
B'baby B'baby it's
up to you
To find out
somethin' that you need to do
Because
'm in love with a
Jacques Derrida
Read a page and
know what I need to
Take apart in my
baby's heart
I'm in love
I'm in love with a
Jacques Derrida
Read a page and
know what I need to
Take apart in my
baby's heart
I'm in love
To err is to be
human
To forgive is too
divine
I was like an
industry
Depressed and in
decline
A tu piosenka:
Do posłuchania:
Sctitti Polliti: Song of Remember (1982)
Do poczytania:
J. Derrida: O gramatologii. Przeł. B. Banasiak. Warszawa 2011.
„W środku, między
ścianami czaszki, coś się dzieje”
W latach międzywojennych Frigyes Karinthy (1887–1938) był
wielką gwiazdą literatury węgierskiej. Specjalizował się w drobnych utworach, reportażach,
poezji, ale także przekładach. W jego ogromnym i różnorodnym dorobku – w Polsce
słabo znanym – wyróżnia się opowieść o chorobie (guz mózgu), którą zatytułował Podróż wokół mojej czaszki (nie przypadkiem tłumaczył Swifta). Nie jest to jednak żadne
studium przypadku, lecz niemal poetycka opowieść o tym, jak humorysta
przemienia się w tumorystę. Książka nie jest pozbawiona waloru
naukowego: Autor posiadał dużą świadomość medyczną („Sam sobie mogę postawić
diagnozę”) i można czytać ją także jako swoistą patografię. Tak zrobił między
innymi słynny Olivier Sacks, pisząc wstęp do angielskiego wydania. A mamy jeszcze
wątek Herberta Oliviercrony, pioniera neurochirurgii, który operował pisarza. Nie
było wówczas łatwo o lekarza, który podjąłby się tak trudnej operacji. Stąd
liczne podróże i poszukiwania kliniki, o czym Karinthy fantastycznie opowiada.
I ten opis samej operacji. „Lekkie ukłucie w czubek głowy. To chyba zastrzyk.
Czy profesor już jest? Prawdopodobnie tak, z boku chwieją się dwa białe
fartuchy. Słyszę tępy dźwięk. Teraz chyba... ejże!”. Warto dodać, że pacjenta,
aby rzekomo zwiększyć jego szansę na przeżycie, operowano bez znieczulenia
ogólnego. W każdej chwili można było go zapytać: jak się Pan czuję?.
Główną siłą książki jest język, jakim pisze Autor o swej
chorobie, który sprawia, że mamy faktycznie do czynienia z podróżą. Nie tylko
między Budapesztem a Sztokholmem, jedną a drugą kawiarnią, lecz między zdrowiem a chorobą, życiem a
śmiercią. I narracje te wybornie się uzupełniają. A wszystko to dzieje się w Europie
roku 1937. I na koniec – jeden przykład metafizyczno-szpitalnego nastroju: „Po
siódmej ożywione życie szpitala zamiera, lekarze idą do domu bądź do swoich
pokoi. Szerokie koszarowe korytarze wyludniają się, a w salach pali się
niebieskie światło nie z tej ziemi. Ja też dostosowuję się do nastroju i
zapalam u siebie niebieskie światło. Patrzę na mokry park – tymczasem się
rozpadało – i w cichości ducha zastanawiam się, czy w ogóle mam coś do
stracenia. Pomijając wszystko inne, dobrze wiem, że NIE BYĆ jest wyjątkowo
nudnym stanem w porównaniu do różnobarwności życia. Ale ma też dużo zalet. Nie
trzeba rozmawiać, szukać wymówek. Gdyby tylko człowiek umiał korzystać z
tych zalet, w jakimś TRZECIM STANIE poza życiem i śmiercią – gdybym mógł wejść
do swojej ulubionej kawiarni tak, aby tam nie być, usiadłbym wśród ludzi i nikt
by o mnie nie wiedział" (s. 68).
Do poczytania:
Frigyes Karinthy: Podróż wokół mojej czaszki.
Przeł. A. Górecka. Warszawa: PIW 2008.
Szkoda! O czterech żywiołach
nie chcą już słyszeć -
nasi czołowi badacze. Teraz
doszli, o ile wiem,
do numeru sto ósmego
i nie przestają majstrować
przy transuranowcach
Ale wystarczą cztery stare.
"Ma pan ogień?" "Proszę bardzo".
Szklanki wody odmówi ci
raczej mało kto.
Łyk powietrza, wciąż jeszcze
można go dostać bez karty kredytowej,
a ta szufla ziemi
na twoje szczątki - przynajmniej
ty możesz ją mieć gratis.
Post dedykujemy tym, którzy wciąż jeszcze twierdzą, że filozofia do niczego się nie przydaje. Pastor Tom Marshfield – bohater powieści Updike’a
Miesiąc nadziei – wspomina wykłady z filozofii a dokładnie miłą, choć
nieśmiałą Jane: „Poznaliśmy się w chłodnym brytyjskim słońcu hobbesowskiego realizmu,
odbijaliśmy piłki z niepohamowanym egoizmem i umówiliśmy się na następny mecz
jako partnerzy. Nim doszło do następnego spotkania, Hume odpalił „powinien” i
„słuszny”, a Bentham próbował rekonstruować hedonizm formułami maksymalizacji.
Nasz pierwszy pocałunek przypadł na Spinozę, bardziej titillatio niż hilaritas.
Czułem jednak, jak mój conatus,
ponure centrum mego jestestwa, pięknie unosi się z mej przepony, gdy w
ciemności zamkniętych powiek jej ciężar po raz pierwszy przygniótł mój. Gdy
Kant usiłował złagodzić racjonalizm imperatywami kategorycznymi i Achtung,
Jane pozwoliła mi pieścić swoje piersi przez sweter. Do czasu potwornego
utożsamienia przez Hegla moralności z wymogami państwa, moja dłoń rozgrzewała
się w jej staniku, a mój dostęp został rozszerzony i dotyczył także ud”*.
John Updike: Miesiąc niedziel. Przeł. Jerzy Kozłowski. Wyd.
Rebis. Poznań 2012, s. 58.
Drugi tom wywiadu-rzeki Transe–Traumy–Transgresje. Książka
ciekawa i nużąca zarazem. Interesująca przede wszystkim ze względu na jej
bohaterkę – Marię Janion – wielką postać polskiej humanistyki, o której życiu,
metodach pracy czy ewolucji poglądów wiele tu czytamy. Ponadto – sporo dowiadujemy
się też o ludziach, z którymi bohaterka książki spotykała się bądź pracowała, o
klimacie pracy naukowej w Polsce lat siedemdziesiątych (choćby o dostępności
zagranicznej literatury).
Co nuży? Książka wydaje
się zupełnie pozbawiona redakcji. Fragmenty wartkie i wciągające przeplatają
się z przegadanymi dłużyznami (np. dłuuuuuga egzegeza odnalezionego w trakcie
przygotowywania książki brulionu z notatkami, sporządzanymi przez Janion w
latach siedemdziesiątych – notatki tam zawarte dotyczą lektur, spotkań,
obejrzanych filmów). Przydałoby się tu krytyczne oko przycinające tu i ówdzie niektóre
wątki.
Gdzieś czytałam recenzję,
której autorowi brakowało polemik z Janion. Tu z kolei moja polemika. Przede
wszystkim – co zresztą zostało w owej recenzji wskazane – to wywiad
przeprowadzany przez Kazimierę Szczukę, uczennicę Mistrzyni (jak Maria Janion
jest tu często nazywana). Trudno więc spodziewać się, że osoba wiele
zawdzięczająca Janion, osoba jej bliska (co można także wywnioskować z
książki), będzie chciała ją atakować. Poza tym, tak to już jest z książkami
typu „wywiad-rzeka” – w tej konwencji chodzi raczej o przedstawienie poglądów
bohaterki bądź bohatera, o jej czy jego swego rodzaju autoprezentację i to w
granicach przezeń wyznaczonych. Trudno spodziewać się przekraczania tych
granic, krytyki bądź samobiczowania (chyba, że bohaterka bądź bohater akurat mają
na to chęć).
Na zakończenie notki
fragment (w moim przekonaniu zachęcający do lektury), dotyczący Mirona
Białoszewskiego, należącego do kręgu znajomych Marii Janion:
„- Jaki był Białoszewski?
Chodzi mi o pierwsze Pani skojarzenie.
- Bardzo dziwny był to
człowiek. Zawsze robił na mnie wrażenie kogoś zabieganego, stale szukał tych
objawów życia, tak jak je rozumiał, życia szczególnego i szczegółowego. Szumy, zlepy, ciągi, tak to określał.
Był nastawiony na odkrywanie. Bezustannie czuwał nad tym wszystkim z
dziewiątego piętra swego mrówkowca, chciał jakoś usłyszeć i zapisać odgłosy,
oznaki i ślady życia. Kiedy wychodziłyśmy od niego późną nocą, wychodził z
nami, żeby krążyć w nocy po mieście, jesienią czy zimą. Miał takie stare,
wytarte palto po ojcu, wyglądał w nim jak nocny stróż. I rzeczywiście był takim
nocnym stróżem, który obchodził Warszawę. Jak sam opowiadał, wchodził czasem na
podwórka i słuchał, jak ludzie chrapią. Latem, kiedy okna są otwarte, można
podobno posłuchać różnych rodzajów chrapania dobiegających z rozmaitych mieszkań.
Tego się od niego dowiedziałam.”
Transe–Traumy–Transgresje.
T.2. Prof. Misia. Z Marią Janion rozmawia Kazimiera Szczuka.
Wydawnictwo Krytyki Politycznej. Warszawa 2014.
"Jakże świat u stóp moich ułożył się nisko!
Ledwie widzę, jak w dole ludkowie się roją!
Aż pod sam namiot niebios wzbił osobę moją
Kunszt mój wyższy nad wszystko!"
Tak woła karzeł-olbrzym - jego imię
Jaś Metafizyk - w domu przy pulpicie.
Powiedz no, karle-olbrzymie,
Skądże się wzięła, gdzie ma fundamenty
Ta wieża, z której patrzysz wniebowzięty?
Jakieś wszedł na nią? Czyż nagie wyżyny
Nie są tam po to, abyś spoglądał w doliny?
Przeł. Adolf Sowiński
Wisława Szymborska: Metafizyka
Było, minęło.
Było, więc minęło.
W nieodwracalnej zawsze kolejności,
bo taka jest reguła tej przegranej gry.
Wniosek banalny, nie wart już pisania,
gdyby nie fakt bezsporny,
fakt na wieki wieków,
na cały kosmos, jaki jest i będzie,
że coś naprawdę było,
póki nie minęło,
nawet to,
że dziś jadłeś kluski ze skwarkami
Nie mieć racji – oto cel
filozofii. A może inaczej – nie mieć racji w taki sposób, by wykazać, że nie ma
jej również mój przeciwnik. Absolutny sens, wszystko wyjaśniająca teoria,
ostateczna pewność, oczywista prawda utwierdzają tylko panowanie ducha
w świecie a filozofia ma przecież dotyczyć jego rozkładu. Można naturalnie
milczeć, ale jeszcze lepiej jest nie mieć racji.
Adorno pisze: „Znałem kogoś, kto po kolei zapraszał
do siebie wszystkie znakomitości teorii poznania, nauk przyrodniczych i
humanistyki, z każdym z osobna dyskutował swój system i kiedy już nikt nie
ważył się wysunąć żadnego argumentu przeciw jego formalizmowi, zakonkludował,
że oto system potwierdził swą wartość. Coś z takiej naiwności zaznacza się
wszędzie, gdzie filozofia choćby z daleka przypomina gest przekonywania. Gest
ten zakłada jakąś universitas literarum,
aprioryczne porozumienie duchów, które mogą się ze sobą komunikować, a tym
samym zakłada już cały konformizm”.
T.W. ADORNO Do poczytania: T.W. Adorno:
Minima moralia. Refleksje z poharatanego
życia. Przeł. M. Łukasiewicz. Wyd. Literackie. Kraków 1999.