środa, 11 kwietnia 2012

Joan Miró była kobietą

     Już czas powrócić do naszego cyklu o historii związków muzyki i literatury, choć dziś temat nieco ogólniejszy. W 1990 roku irlandzki zespół A House nagrał utwór Endless Art. Piosenka była bardzo typowa dla tego zespołu, a jej sens polegał na dość niewyraźnej recytacji zdań na tle lekko nowofalowej muzyki. Punktem wyjścia tekstu były słowa Oscara Wilde’a „Każda sztuka jest bezużyteczna”. Potem leciała lista artystów (ok, założymy, że i Sid Vicious nim był) oraz ich daty narodzin i śmierci. Refren brzmiał pomnikowo: „all dead but still alive, in endless time and endless art”. W sumie fajna lista osób i niezła piosenka. Szału jednak nie było. Muzyka pewnie była nazbyt „independent” a i tekst mógł niejednemu fanowi sprawić trudności. Udało się jednak wywołać mały skandal. Czyżby wielcy artyści to wyłącznie mężczyźni? A gdzie Panie? Autor musiał się tłumaczyć, solennie zapewniał, że był święcie przekonany o tym, że Joan Miró to kobieta. Nic z tego, trzeba było napisać jeszcze jedną wersję. I w ten sposób zespól nagrał More Endless Art.





Do posłuchania:
A House: LP „I am the Greatest” (1991)

sobota, 7 kwietnia 2012

Tako rzecze Tarantula

„Nie chodź do ludzi, pozostań w lesie” (Nietzsche)

Tako rzecze Zaratustra to dziwna książka. Pewnie, że to klasyk, krwią napisana hybryda literatury i filozofii, wielki poemat filozoficzny, manifest nowej religii, spowiedź samotnego proroka, pochwała życia, apoteoza wolnego seksu i związków homoseksualnych, podniesienia emerytury do siedemdziesięciu lat… Jednym słowem – książka dla każdego.

Tako rzecze Zaratustra to dziwna książka. Osobliwa „garkuchnia ducha”, z której jednak ów duch dawno wywietrzał. Mimo wszystko znajdziemy tu kilka smakołyków. Do moich ulubionych należą zwierzaki. Ich obecność w książce nie jest oczywiście przypadkowa, co potwierdzają wnikliwe badania prof. Ptaszora (sic!).

Nie jestem w stanie powiedzieć, co robi tam to całe zoo, sens jego obecności umyka mym uszom. Z przyjemności wspomnę owo przemiłe, choć czasami groźne stadko. Jest byk z ogromnym karkiem, dzik z wielkimi kłami, chytry jaszczur, mądry jeż, śpiewający komar, przebiegły leniwiec, skaczący tygrys, szybki struś, głodny wilk, mądra pszczoła, głupia koza oraz niecierpliwy sokół.

Muchy sobie bzykają na rynku, stary niedźwiedź śpi, lew się przemienia w wielbłąda, a krowa ciągle coś przeżuwa. Z małpy wszyscy się śmieją, choć zwinna z niej bestia, a kotek łakotniś oddaje się spacerom po dachach. Koń kojarzy się autorowi ze śmiercią. To zwie się prawdziwe proroctwo. Sowy Nietzsche nie lubi, co pewnie ma związek z tym, że wylatuje ona dopiero o zmierzchu. Można założyć zatem, że i nietoperz nie jest ulubieńcem filozofa, gdyż zwraca się on do niego słowami: „sowo ty – nietoperzu”.

W niezwykłych przygodach Zaratustry jest także ryba, która mówi, człowiek-robak, świstak, pająk-metafizyk, ćma poetka oraz zima żaba (zapamiętajcie: ropucha jest ciepła). Wąż choć niesforny, to jednak fajny z niego kumpel. Biedny osiołek ciągnie ludu taczkę, owca pożera wieniec a kura cały czas dziobie, a ból – podobnie jak poetom – każe jej cały czas gdakać. Na to wszystko patrzy z góry orzeł. Z ptaków jest jeszcze paw pawi. Ach, zapomniałem o świni, co wszystko oświni.

Ponadto mamy jeszcze bawoła, gęś, raka, sępa, orkę, wieloryba, żmiję, krokodyla, królika, małża (czy to jest zwierzę?), kozicę i pewnie jeszcze sporo innych zwierzaków, które skutecznie ukryły się przed moim okiem i ołówkiem. 


sobota, 31 marca 2012

Filozagadka 4

Dziś zagadka z cyklu wielkie i mniejsze miłostki filozofów. Zaczynamy od jednego z najbardziej dramatycznych, by nie powiedzieć okrutnych romansów w historii filozofii.

„Ona wybrała płacz, ja wybrałem ból”. Będąc sprawiedliwym trzeba powiedzieć, że to on wybrał jej płacz i zadał ból. Uważał się za znawcę w wybieraniu.  Albo ona - albo filozofia. O jakiej parze mowa? Dla ułatwienia cytacik:

„Przypuśćmy, że ożeniłem się z nią. Co dalej? W przeciągu pół roku, albo i mniej, miałaby już dość. We mnie – jest to jednocześnie i dobre, i złe – jest coś diabelskiego, co sprawia, że nikt nie może ze mną dojść do ładu w życiu codziennym, a tym bardziej się ze mną zaprzyjaźnić. Oczywiście, w tym lekkim ubraniu, w którym się zazwyczaj pokazuję, wszystko wygląda inaczej. Lecz w domu wyszłoby na jaw, że żyję głównie w świecie duchowym […] Nie mogłem pójść na to, co dyktował mi rozum, żeby zignorować jej łzy, zaklinania, cierpienie jej ojca i moją własną rolę – musiałem się poddać. Lecz musiałem obronić tę sprawę przed wyższym trybunałem, stąd też moja twardość, którą przyjmowano za nieczułość.”  

A jak się już wykażesz, że jesteś filozoficzny szpenio, to napiszemy post specjalnie dla Ciebie.

piątek, 30 marca 2012

O Ja. Niech to wszyscy diabli


Dla Zbyszka, który w mig rozwala wszystkie nasze filozagadki.


Zawsze, kiedy mowa jest o (nieistnieniu) Ja, pogoda jest paskuda. Choć chmury mają różowy kolor jak dziąsła lamparta, to jednak można zrobić kilka fotek nad Sekwaną. W niedzielny poranek można zanurzyć twarz w trawie…

Roberto Michel, tłumacz, fotograf amator, próbuje sfotografować zakochaną parę stojącą na placu. Jest jak milczący człowiek, który przybywa z Południa, a jego bambusowe czółno grzęźnie w mule. Fotografowanie jest dla niego sposobem zwalczenia nicości, drogą do wyśnienia rzeczywistości w drobiazgowej pełni. Zakochana para jest jednak dla obiektywu nieuchwytna, znika jak nitka babiego lata w porannym powietrzu. Fotografowanie, jak niektóre sny, wydaje się chaotyczne.

W domu Roberto wywołuje film. Robi powiększenie. Coraz większe. Te największe wiesza na ścianie. Przygląda się dokładnie, dostrzega człowieka w samochodzie. Co on tam robi? Rzeczywistość uchwycona na zdjęciu wydaje się być czymś zupełnie innym niż pierwotnie sądził. Czyżby? Jego spokój zostały przyćmiony znużeniem. A może i ja jestem projekcją snu innego człowieka? Niech to wszyscy diabli – pomyślał i zasnął.
Thomas (Powiększenie, reż. M. Antonioni, 1966)

Ps. Post jest wariacją na temat solipsystycznych tekstów moich ulubionych autorów: Borgesa (Koliste ruiny) i Cortazara (Babie lato). A „twarz w trawie” – to z Becketta (Nie ja). 

wtorek, 27 marca 2012

I’m so-so*

Świetna książka. Bez napinania się, bez patosu.
Stworzona na bazie wielogodzinnych rozmów Danuty Stok z Krzysztofem Kieślowskim. Nie jest to jednak wywiad-rzeka (co wg mnie jest jej dodatkowym atutem), ale opowieści Kieślowskiego zebrane w całość i złożone w jedną historię – życia, drogi intelektualnej i artystycznej, twórczości.
Są tu wielkie tematy, nie ma jednak wielkich słów (i całe szczęście!). Jest za to wiele prób wyrażenia tego, co ważne – dla filmowca, Polaka, człowieka – w prostych słowach.
Są tu także opisy doświadczeń Kieślowskiego w pracy filmowej – w kraju (zarówno w czasach PRL-u, jak i po 1989 roku) i zagranicą. Rozważania dotyczące poszczególnych etapów pracy nad filmem przeplatają się z refleksją na temat filmowych i pozafilmowych źródeł inspiracji i próbą ustalenia, co sprawia, że mamy do czynienia z wielka sztuką („Kiedy czytasz wielką literaturę, to na którejś stronie znajdujesz zdanie, które – wydaje Ci się – kiedyś sama powiedziałaś albo usłyszałaś. To jest opis albo obraz, który Ciebie głęboko dotyczy, głęboko dotyka i jest Twoim obrazem”).

Amator (1979)
Punkt widzenia Kieślowskiego – na wiele kwestii, nie tylko związanych z filmem – świetnie obrazuje ten fragment:
„Opowiadaliśmy sobie pomysły, czytaliśmy scenariusze, zastanawialiśmy się nad obsadą, nad najróżniejszymi rozwiązaniami. Tak więc mój scenariusz był oczywiście napisany przeze mnie, ale miał kilku współautorów. Wielu ludzi dostarczało mi pomysłów, nie wiedząc o tym, że są ich autorami, pojawiając się po prostu kiedyś w moim życiu”.
Nikt przecież nie egzystuje w próżni. O tym, jakimi ludźmi jesteśmy, decydują spotkania z innymi ludźmi, nasze przeżycia, obejrzane filmy, przeczytane książki. Przede wszystkim o tym jest ta książka. Czyli o tym samym, co filmy jej Autora.



Krzysztof Kieślowski: O sobie. Oprac. Danuta Stok. Wydawnictwo Znak, Kraków 1997.

* Dla tych, którzy nie widzieli:

środa, 14 marca 2012

Milczenie jest złotem. Część pierwsza

Bezdyskusyjnym zwycięzcą tegorocznej gali Oscarowej został Artysta Michaela Hazanaviciusa. Fakt ten wzbudził liczne dyskusje, w których ścierały się głosy chwalące pomysł powrotu do epoki kina niemego z oskarżeniami, zgodnie z którymi efekciarskiej formie filmu nie towarzyszy żadna głębsza treść.
Tym, którzy Artysty nie widzieli, z czystym sumieniem go polecam. Należę do stronnictwa cieszącego się z podjęcia przez jego twórców próby powrotu do początków kina i przypomnienia magii niemych filmów.
Możliwe, że jestem przypadkiem szczególnym, bo uwielbiam nieme filmy. Stąd pomysł na nowy blogowy cykl, przypominający wybrane pierwsze próby uchwycenia (i wykreowania) świata na taśmie filmowej.
Wybór będzie oczywiście całkowicie subiektywny.
Po tym przydługim wstępie przechodzę do rzeczy, czyli Nosferatu – symfonia grozy  z 1921 roku, w reżyserii Friedricha Wilhelma Murnaua. Filmu określonego przez Wernera Herzoga (w wywiadzie udzielonym w 1978 roku) mianem największego i najważniejszego filmu, jaki kiedykolwiek nakręcono w Niemczech*. Warto przypomnieć, że również Herzog wziął na warsztat ten sam temat w filmie Nosferatu wampir (1979). Herzog kategorycznie odżegnuje się od jakichkolwiek sugestii, jakoby jego Nosferatu miał być remake’em filmu Murnaua, myślę jednak że można z nim polemizować, bo całkiem wyraźnie zainspirował się filmem z 1921 roku. Także tworząc wybitne dzieło, dodajmy.
Co takiego wyjątkowego jest w filmie Murnaua?
Na pewno niesamowity nastrój, za Lotte Eisner można by rzec: demoniczny (Eisner jako demoniczne pojmuje – jak Goethe – to, co wymyka się rozumowi)**. Realizacja założeń ekspresjonizmu niemieckiego w plenerze (jako bodaj jedyny film ekspresjonistyczny, Nosferatu nie był kręcony wyłącznie w atelier) dała wyjątkowe rezultaty: groza wyłania się tu zewsząd, nie potrzebuje mroku nocy ani specjalnych dekoracji, tkwi w przyrodzie, przedmiotach, ludziach. I wampirach.





Wyjątkowy jest także główny bohater – graf Orlok. Monstrum pozbawiające życia i rozprzestrzeniające dżumę. Niesamowicie zagrany przez Maxa Schrecka. Porusza się powoli, a każdemu jego ruchowi towarzyszy cień – równie złowróżbny jak on sam. Nie ma w sobie nic z pociągających, romantycznych przedstawień wampirów z filmów dla nastoletniej publiczności.



* Por. Herzog. Przewodnik Krytyki Politycznej, Warszawa 2010.
** Por. Lotte Eisner: Ekran demoniczny, tłum. Konrad Eberhardt, Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe, Warszawa 1974.

Więcej na temat postaci wampira w filmie:
Grażyna Stachówna: Władcy wyobraźni. Sławni bohaterowie filmowi. Wydawnictwo Znak, Kraków 2006.

niedziela, 4 marca 2012

O (nie)czytaniu

 „Czytać trzeba na śmierć i życie, bo to największy ludzki dar.
Pomyśl: tylko człowiek umie czytać” (Márai)

Czytasz, przesuwasz powoli kartki, masz ochotę rzucić książkę w kąt, ale wiesz, że autor to wielki pisarz, ponoć ocierał się o Nobla  – wzdychasz i idziesz dalej.

Czytasz, co za lipna historia, masz ochotę podarować książkę najgorszemu wrogowi, ale – podpowiada ci twój czytelniczy Daimonion – daj jej jeszcze jedną szansę.

Czytasz, ołówek bezużyteczny leży z boku, masz ochotę sprzedać książkę na allegro, ale na blogach piszą, że to wybitne dzieło, z tych co zmieniają życie.

Czytać czy nie czytać – oto jest wyzwanie. Co zrobić z książkami, które zaczynają cię nudzić. Muszę przyznać, że sam coraz częściej odkładam takie książki. Mam przy tym malutkie wyrzuty sumienia. A może właśnie w tej nieprzeczytanej części pojawi się Dedalus zajadający magdalenki w Davos? Na szczęście, kiedy sięgam po nową książkę, o swych rozterkach już nie pamiętam.  Jednak muszę przyznać, że zwolennicy „czytania za wszelką cenę”, mają na podorędziu kilka mocnych argumentów. Oto kilka z nich:

- czytanie jest ważniejsze od samej książki,
- lepiej przeczytać jedną całą książkę, niż trzy w kawałkach,
- wierność jest zawsze lepsza niż niewierność,
- kolejna książka może być jeszcze gorsza.

Girl Reading (Pablo Picasso)


Za "męczennikami" murem stoi sam Sándor Márai, który tak oto pisze:

„Zastanów się, zanim weźmiesz do ręki książkę i zaczniesz ją czytać, rozważ to, przynajmniej tak jak wtedy, gdy z ufnością podajesz rękę drugiemu człowiekowi. Bowiem na pewien czas skupiasz na książce uwagę swojej duszy; a to dużo, ponieważ życie jest krótkie, a dusza jest tylko twoja. A kiedy już zdecydowałeś i zacząłeś czytać, czytaj powoli, bardzo uważnie i cierpliwie, jakbyś polemizował ze słusznym wnioskowaniem. I nawet jeśli książka nie odpowiada twojemu gustowi i twoim przekonaniom albo narracja jest nudna i powikłana, doczytają ją do końca. Właśnie dlatego, że życie jest krótkie, a książek jest nieomal tyle, co kropli wody w oceanie, starannie wybieraj książkę, zanim otworzysz jej stronice. Czytaj konsekwentnie i wiernie, ale wybieraj uważnie, ponieważ książce, którą akurat czytasz, podarowujesz cząstkę własnego życie i rozumu. Skoro już zabrałeś się do czytania, bądź wierny książce, także wtedy, gdy ona zwraca się przeciwko tobie, przeciwko twojej duszy i twojemu rozumowi. Książka potrafi być wrogiem; trzeba stoczyć z nią pojedynek do samego końca. Ale odzywaj się tylko do godnych przeciwników; który – jak powiada pewien poeta – nawet w czasie pojedynku należy dać lekcję fechtunku” (Księga ziół. Przeł. F. Netz. Wyd. Czytelnik. Warszawa 2006).

wtorek, 28 lutego 2012

Ballade de Melody Gainsbourg

Gitany – palił od małego, dwie lub trzy paczki dziennie. Nie mógł funkcjonować bez papierosów. Wiedział, że papieros nigdy go nie opuści.  Jeden z jego muzyków mówił: „Jeśli będę miał raka płuc, to przez niego”. Serge umarł na serce.

Alkohol – a może po prostu wypił za dużo papierosów.

Kobiety – miał kompleksy, co nie przeszkodziło mu spotykać się z najpiękniejszymi kobietami swoich czasów: Bardot i Brikin – to najważniejsze. Po prostu  Je t’aime, moi non plus. Pewnie spodobałby mu się napis, który pojawił się na jego domu po śmierci: „Serge żyje. Jest w niebie i dyma”. Dyma, pije i pali. I pisze kolejny hit.

Świetna biografia. Sporo kompetentnych uwag o muzyce, kilka niezłych anegdot, wypowiedzi ludzi, którzy znali Serge'a. Znakomicie napisane. Takie biografie lubię: bez wielkich portretów psychologicznych, bez opisów dzieciństwa, dorastania, bez uwag o wujku, który dał mu gitarę itp., bez czołobitności, ale też bez skromności – jak król popu to król. I co najważniejsze, po przeczytaniu książki chcę się sięgnąć po płytę i posłuchać historii o Melody Nelson.



Do poczytania:
Sylvie Simmons: Serge Gainsbourg. Przeł. Ewa Penksyk-Kluczkowska. Wyd. Marginesy. Warszawa 2012.

środa, 22 lutego 2012

Podróże małe i duże


Dokładnie już nie pamiętam, jak to się stało, że ominęła mnie przygoda związana z twórczością Juliusza Verne’a. Przypominam sobie kapitana Granta, ale byłem chyba nieco za mały, by się tym przejąć (a może za duży?). W każdym razie szkoda, bo wydaje mi się, że już raczej nie nadrobię tego – nie bójmy się słów – zaniechania. 

Kadr z filmu Podróż na księżyc


Namiastkę słynnych wędrówek do wnętrza Ziemi, podróży kosmicznych czy podmorskiej żeglugi odnalazłem w muzyce. Wspomnę tylko o dwóch przykładach. W 1974 roku Rick Wakeman, z charakterystycznym dla siebie rozmachem, nagrał Journey to the Centre of the Earth. Orkiestra, chóry, Wakeman w kolorowej pelerynie, słowem: progresywny przepych, który dziś raczej odstrasza. Jednak warto wysłuchać nagrania, przynajmniej dla Davida Hammingsa, narratora opowieści.  



Druga płyta to rzecz zupełnie świeża. Mam na myśli najnowszą płyta francuskiego zespołu Air. Punktem wyjścia nie była jednak książka, lecz film Georga Mélièsa Podróż na księżyc, perełki kina niemego opartej na książkach Verne’a i Wellsa. Fajna płyta, która broni się nawet w oderwaniu od obrazków. Klimat, ładne melodie, odliczenie startu rakiety, kilka piosenek, ale większość instrumentalna – sympatyczna kosmiczna wycieczka. 



Do posłuchania:
Rick Wakeman: Journey to the Centre of the Earth (1974)
Air: Le Voyage Dans La Lune (2012)

Do pooglądania:
George Méliès: Le Voyage dans la lune (1902)

Do poczytania:
Juliusz Verne: Z Ziemi na księżyc (różne wydania)
Juliusz Verne: Podróż do wnętrza Ziemi (różne wydania)



poniedziałek, 20 lutego 2012

Wodospad

Protest mieszkańców
Love Canal (ok. 1978 r.)
Nazwa miasta Niagara Falls kojarzy się nie tylko z najsłynniejszym na świecie wodospadem, ale także z kompromitującą dla lokalnych władz katastrofą ekologiczną. Love Canal – przedmieścia Niagara Falls – amerykańskie media ochrzciły w 1978 roku mianem „bomby z opóźnionym zapłonem”. Dziś Love Canal jest zamkniętym obszarem strefy zakazanej, jednak kilkadziesiąt lat temu, na ziemi pod którą w latach czterdziestych i pięćdziesiątych złożono 21 ton toksycznych odpadów pochodzących z lokalnych przedsiębiorstw chemicznych, zbudowano osiedla domów mieszkalnych i szkoły. Na skażonej w ogromnym stopniu ziemi, którą lokalne władze zakupiły za symboliczną kwotę jednego dolara.
Akcja Wodospadu Joyce Carol Oates rozgrywa się w Niagara Falls i zarówno wodospad, jak i sprawa Love Canal determinują losy trzech pokoleń bohaterów powieści. W notce odautorskiej Oates podkreśla, że choć pod względem geograficznym i historycznym wiele elementów książki zgadza się z rzeczywistością, to wszelkie podobieństwo do osób żywych lub zmarłych jest przypadkowe. To ważne zastrzeżenie, bo bohaterowie książki są mocno – w wielu wymiarach – zaangażowani w historię Love Canal.
Trawestując wpis zamieszczony przez tę samą pisarkę we wprowadzeniu do Blondynki, można powiedzieć, że Wodospad to dzieje słynnej miejscowości przedestylowane w formę powieściową. Sama Oates zaznacza, że jej celem było wyposażenie miasta w wymiar mitologiczny – powieść jest zatem próbą nadania realnej, współczesnej historii uniwersalnego wymiaru, odnalezienia w niej i w losach jej bohaterów elementów archetypicznych.
Niezaprzeczalnym motywem mitologicznym jest także wodospad, którego hipnotyzująca, niszczycielska i jednocześnie pociągająca siła góruje nad Niagara Falls, wpływa na mieszkańców miasta, przyjezdnych (pielgrzymów, turystów, nowożeńców, samobójców...), jest źródłem (rzeczywistych i zmyślonych) legendarnych historii, powtarzanych z pokolenia na pokolenie.
Joyce Carol Oates, Wodospad, tłum. Katarzyna Karłowska, Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2005.